— Ech! ty mocna... pocieszycielko moja rozmowna!

Kucnął przy ogniu z kawałkiem chleba i słoniny w rękach. Rozłożyłem kapę i położyłem się na niej przy ogniu, obok Sawczuków. Kaboklo mieszał łyżką w kociołku i mówił kiepską polszczyzną:

— ...Alberto tam posid a ojcza w kasa107 niebyl... no Alberto sprzedać jeko krofa za dwieście milóf... ojciecz wracza, krofy nima... gdzie krofa... sprzedana... idzie do co kupił i ze smita zabije krofa i mówić... jak Alberta taka ladra108... to krofa nikogo będzie...

Odłożył łyżkę, pogłaskał psa i w zadumie skręcał sobie papierosa. Kilku chłopów, przejętych opowiadaniem, westchnęło. Spytałem starszego Sawczuka, kto to jest ten kaboklo?

— On żonaty z naszą siostrą... nasz szwagier... dobry chłop, tylko gadać się jeszcze po polsku nie nauczył!

Chciał jeszcze coś mówić, ale raptem wyciągnął szyję i zawołał:

— A co mu, cholerze jest, że się tak pokłada!

Pod płotem leżał koń, próbował wstać, znów się kładł, trząsł łbem i robił wzdętymi bokami. Obaj Sawczukowie podbiegli do niego.

— Musi się czego obżarł i wzdęło go — rzekł któryś z chłopów.

Tymczasem Sawczukowie ciągnęli konia za ogon aby się podniósł, wreszcie z trudem wstał, przegiął szyję i nozdrzami obwąchiwał prawy bok. Chwiał się przy tym na nogach i drżał na całym ciele. Wszyscy zerwali się od ognia i obstąpili chore zwierzę.