Zatrute robaki wypadły z rany, w końcu Bełcik uderzył bura w zad i kucnął przy ogniu. Zwierzęta porozłaziły się po polanie skubiąc trawę. Tu i ówdzie, w ciszy wieczoru, leniwie jęczały dzwonki. Chłopi nakładali sobie na talerze fiżon i ryż, posypywali mąką z mandioki, mieszali i gęstą potrawę polewali tłuszczem z małego rondelka. Szwagier Sawczuków mówił, jedząc powoli:

— Piec lati ja jechało tęnty i tu... na tij ranszi onsa zagryźć nam bur na spaniu... w noczi... To newim czi teros tako nie pedzie...

— Ja mogę spać na dworze i pilnować, tylko dajcie mi jeszcze jednego szmita. Już ja mu dam bura!... Polowałem na tygrysy w Matto Grosso, wiem jak je podchodzić — wtrącił Grzeszczeszyn i zaraz umilkł, bo Bełcik spojrzał na niego wymownie.

— Oj, mój ty księży towarzyszu, śpij lepiej w ranszy, to ino cię bisze oblezą, a na dworzu i po nocy, to was tygrys od bura nie odróżni i jeszcze mu się potem dziobate synki urodzą...

— Mógłby pan trochę liczyć się ze słowami, panie Bełcik, bom dla was nie jakiś tam wycirus, żebyście sobie mną gębę wycierali!

— A bo po co się, panie, pchacie na tygrysa, kiedy tu od was są może odważniejsze, a nikt się tam tak do niego znów nie pali!

— Lepiej się nie przemawiajcie, dobre ludzie, tylko zakrzątnijcie się koło posłania, bo jutro wcześniej trzeba wyruszyć — odezwał się starszy Sawczuk.

Odpoczywając i paląc, chłopi jeszcze z godzinę wylegiwali się wokół ogniska, w końcu ten i ów, ziewając i przeciągając się, układał sobie posłanie w ranszy. Zajęliśmy całą przestrzeń tak, że jeden leżał obok drugiego. Mimo zmęczenia długo jeszcze sączyły się w ciemnościach leniwe pogwarki, świeciły się ogniki papierosów, tak, że usnąłem z obawą przebudzenia się w płomieniach. Istotnie zerwałem się wczesnym rankiem i kiedy wyszedłem przed ranszę, całą polankę ogarniały pąsowe płomienie chłodnej jutrzenki. Ciemne smugi nocy rozstrzelały się w leniwej ucieczce nad ścianami dżungli i nocny jeszcze powiew sunął cicho ponad znieruchomiałym światem. Dziwność widoku potęgował jeszcze siedzący nieopodal z podwiniętymi nogami Grzeszczeszyn. Odwrócony był do mnie tyłem i zdawał się oczekiwać wschodu słońca. Łagodny wietrzyk poruszał jego rozczochrane włosy. Tak mnie sobą zadziwił, że krzyknąłem:

— Co jest z panem? Jak długo pan tu siedzisz? Przeziębisz się pan!

Odwrócił się do mnie, cały w czerwieni i niesamowity, chwilę patrzył, jak się patrzy na nietaktownego ordynusa i powiedział wolno: