— Czy i to panu przeszkadza, że podziwiam Boga objawiającego się w tym cudzie porannym?... Czyżby i to pana drażniło? Wolałby pan zapewne, abym to boskie poczęcie się dnia spędził w przesiąkniętej chłopskim smrodem ranszy?... Pozostaw mnie pan w spokoju, bardzo proszę!
Odszedłem skonfudowany i natknąłem się na wychodzącego z ranszy, zaspanego kabokla. Popatrzył chwilę na sylwetkę Grzeszczeszyna, zamruczał coś i zabrał się do rozpalania ognia. Robiło się coraz czerwieniej, ludzie otrząsali się z niewygodnego snu, wyłazili jeden za drugim z ranszy, Bełcik przeciągnął się i zawył, ziewając, po czym chwycił kawałek drzewa i cisnął nim w Grzeszczeszyna, mówiąc:
— To ci kapłan jakiś turecki... albo myśliwy, czeka na tigra!
Pocisk upadł obok Grzeszczeszyna, ale on nawet się nie poruszył. Chłopi obcierali twarze chustkami, rozglądali się po świecie i ziewali. Poszedłem z Sawczukami nad rzeczkę i tam umyliśmy się. Wróciliśmy do ognia, chłopi pili szimaron na czczo, grzejąc się w kuckach przy ogniu, nakryci aż na głowę kapami. Grzeszczeszyn stał przed lustereczkiem zatkniętym w szparę ranszy, czesał się, cichy i smutny. Kilku chłopów poszło z Sawczukami spędzać tropę z nocnego pastwiska. Słychać było ich nawoływania w krzakach, rozległy się dzwonki, słońce zalało chłodnym blaskiem polanę i w górze z wrzaskiem przeleciało kilka papug. Ludzie z wolna zaczęli się rozgrzewać i krzątać koło śniadania. Z krzaków wyłoniła się tropa i niechętnie, ze zwieszonymi łbami, zbliżała się do ranszy. Poganiali ją chłopi. Kiedy się zbliżyli, jeden powiedział:
— Ano, jednego cholery bura brakuje, gdzieścik się nam skrył.
Z daleka słyszałem nawoływania Sawczuka i poszedłem w stronę jego głosów. Włóczył się od krzaka do krzaka, rozgarniał liście, wołał i klął na przemian.
— Czyj to bur? — zapytałem.
— A mój, diabeł przeklęty!
— Miał dzwonek?
— Miał, ale co mu tam dzwonek! Przyczai się gdzie w krzakach i nie poruszy łbem, choćby go tam nie wiem jakie gady cięły!