Poczęstowałem go papierosem i we dwóch poszliśmy w stronę dżungli.

— Wie pan co — powiedziałem po chwili — może strzelić w powietrze, to przelęknie się i zadzwoni?

— Strzelaj pan, ale psu na budę się nie zda... on tu gdzieś, para jedna, stoi, czuję go.

Wyjąłem rewolwer i strzeliłem w powietrze. Dzwoneczek odezwał się tuż, w kępie krzaków, obok których staliśmy. Rozsunęliśmy gałęzie. Stał z miną jakby zawiedzioną. Dzwonek lekko mu się poruszył na szyi. Ze zwieszonym łbem i jakby w zdeterminowaniu, wysunął się z krzaków. Sawczuk począł go prać po zadzie gałęzią, ale on szedł opieszale, smutny jakiś i z miną: „Ano, trudno! dałem się nabrać”. Na widok kukurydzy pomknął szybciej i wetknął pysk między kaczany. Chłopi jedli śniadanie, podszedłem do ognia, także zjadłem i jakiś rozleniwiony wczesnym wstaniem, z bolącymi kośćmi, zabrałem się do siodłania konia. Po kwadransie wyruszyliśmy i zaraz zaczęło się żmudne przedzieranie przez zarośniętą, ciągle gubiącą się pikadę. Co chwila pokrzykiwano sobie w tej gęstwie ilość zwierząt, słychać było trzask łamanych i ścinanych gałęzi, konie kąsały się w ciasnocie, posuwaliśmy się w kłębach natarczywych, boleśnie kłujących owadów. Musiałem zdjąć kapelusz i wcisnąłem go pod siedzenie. Pomiędzy przeróżnym zielskiem pokazała się gęsto drzewiasta paproć i rozmiar jej sprawiał wrażenie sztucznych drzew. Na przedzie ciągle przecinali splątane łodygi, tamujące przejście. Ich ostre końce wlokły się po ramionach, kaleczyły twarz i niby kłębowisko rozjuszonych gadów, doskakiwały do oczu, złośliwie zawadzały o strzemiona, zatrzymywały i szarpały. Po dwu godzinach tej męki pikada zaczęła się raptownie opuszczać w dół, i w dole, prześwitując poprzezprzez liście i łodygi, ukazała się z dziko obrosłymi brzegami, leniwa i jakby przyczajona rzeka. Zjeżdżaliśmy do niej długim, pojedyńczym szeregiem i kiedy koń zamoczył przednie kopyta w wodzie, zadarłem głowę do góry i zobaczyłem serpentyną zjeżdżających w dół, przesłoniętych jeszcze krzakami, jeźdźców. Po chwili wszyscy byli już na brzegu i nie przeszkadzając pojącym się zwierzętom, rozglądaliśmy się po sobie, jak po jakiej walnej przeprawie. Znajdowaliśmy się teraz w głuchej selwie i ponad tą obojętną wodą, między rozbuchanymi i przelewającymi się od bogactwa roślinności ścianami dziewiczej puszczy, zdawały się drzemać wieki całe bez przemian, nieogarnięte czasem. Każdy odgłos wydawał się czymś obcym i brutalnym w tej skondensowanej ospałości. Zwierzęta powoli, węsząc, zapuszczały się w rzekę. Woda z cichym pluskiem ocierała się o ich brzuchy. Chłodna perspektywa dali wodnej nasuwała lękliwą myśl, że za chwilę znów się trzeba będzie pogrążyć w dusznym i broniącym dostępu gąszczu. Przeprawialiśmy się powoli i w milczeniu. Ciszę przewiercił chrapliwy skrzek tukana, przelatującego na przeciwległy brzeg. Konie orzeźwione wodą nerwowo wspinały się po stromym brzegu i nie zwracając uwagi na zwisające poprzecznice lian, ostro rwały naprzód. Jazda stała się niebezpieczna. Zdawało się, że ktoś złośliwie porozpinał łapki z lian i splecionej takuary w poprzek pikady. Przecinanie ich zajęłoby dużo czasu, więc przejeżdżaliśmy pod nimi, pochylając się w siodle do przodu. Ciernie nia pindo szarpały odzież, jakby wzbraniając przystępu. Rozhuśtane wici takuary siekły po twarzy. Godzina uwagi podczas tej piekielnej jazdy wyczerpała mnie do tego stopnia, że przed oczami zaczęły mi latać kolorowe płaty. Nagle posłyszałem za sobą głos Grzeszczeszyna:

— Ej, panie Łóniłowski, zgubiłeś pan worek!

Odwróciłem się i w tej chwili poczułem na szyi ucisk zdzierający mnie z konia do tyłu. Uchwyciłem się obiema rękami lian, instynktownie pochyliłem głowę do końskiego ogona i gwałtownie wstrzymałem konia. Po chwili, kiedy przeszło oszołomienie, wyprostowałem się w siodle i obejrzałem się w tył. Niedaleko huśtała się jeszcze gruba, szorstka liana. W odległości kilku metrów leżał mój worek. Grzeszczeszyn zarykiwał się, przyłożywszy policzek do szyi swego konia. Podjechałem do niego wolno. Z daleka słyszałem okrzyki, żeby nie tamować drogi.

— Nie widział pan tej liany? Oh, oh! Bo skonam ze śmiechu, jak Boga kocham! Ależ pan komicznie wyglądał!...

— Nie widziałem...

— Oh, oh... Co pan znów taki jakiś, przecież jażem tej liany nie powiesił... worek panu spadł, to zawołałem...

Ręka z batem aż mi zadrgała, żeby strzelić tego łajdaka przez pysk. Miał wytłumaczenie tym workiem, ale jasne jest, że lianę również widział. Przestał się śmiać i mówił, jąkając się: