— Panie... tylko niech pan się nie zapomina... lepiej niech pan się zastanowi przed swym czynem... w podróży tak się nie godzi!... Ja... bo worek....
Zsiadłem z konia i przymocowałem worek w tyle siodła. Grzeszczeszyn ścinał fakonem zwisające liany i mówił:
— Patrz pan, o! Już jej nie będzie... Nie trzeba być takim porywczym... O, już cholera ścięta!
Wsiadłem i podjechałem do niego.
— Panie Grzeszczeszyn! Pomijam to, że mógł mnie pan przyprawić o kalectwo, a tutaj nie ma warunków do leczenia. Ale ja pana obserwuję. I jeśli jeszcze raz przyłapię pana na jakiejś złośliwości w stosunku do mnie, to nie będę pana bił batem, tylko zastrzelę pana. W każdym bądź razie uważaj pan i staraj się w razie czego bronić.
Mrużył oczka i dłubał w uchu. Zaznaczyć muszę, że temu, co mówiłem, przysłuchiwał się starszy Sawczuk. Zwróciłem się jeszcze do niego:
— Będzie pan łaskaw pamiętać, że otrzegałem pana Grzeszczeszyna wobec pana.
Sawczuk odpowiedział:
— Ja to wszystko widziałem i za taki kawał już ja bym się rozprawił z tym, co by mi to zrobił. I zamiast ratować pana, jeszcze się śmiał. Tak nie idzie, nie!
Ale cóż! Skarcony rozglądał się po wąskich ramach puszczy i gwizdał. Co do mnie, byłem rozeźlony. Upalna i mozolna przeprawa, wypadek z lianą i mina tego faceta; wszystko to wytworzyło we mnie jakieś toksyny... słowem, mógłbym tego Grzeszczeszyna zarzynać tępym nożem. Na domiar, pikada znów prowadziła pod górę, zrobiło się bardzo stromo i ogarnęło nas parne ciepło. Wszyscy zsiedli z koni. Posuwaliśmy się w napiętym od wysiłku milczeniu. Pole widzenia nie przekraczało pół metra, a myśl, że się jest tak zaszytym w gąszczu, przejmowała jakimś obrzydliwym lękiem. Z tyłu usłyszałem pocieszający szept Sawczuka, że to już ostatnia góra i nazywa się Marumby. Domyślałem się, że nie jest to ta sławna brazylijska Marumby, ale ogrom tego kraju sprawiał, że nazwy często się powtarzały. Słychać było szybkie oddechy ludzi i zwierząt, co chwila ktoś się ślizgał, słychać było przekleństwa. Ogarnęło mnie gniewne otępienie i walczyłem z przemożną chęcią, aby położyć się w tym błocie. Obok siebie usłyszałem takie, pomieszane z sapaniem, słowa Grzeszczeszyna: