— Wiedz pan... o tym... że w całej... Brazylii nie ma... grzybów... a przecież taka.... żyzna gleba...

Ogarnął mnie jakiś rozpaczliwy wstyd. Bez słowa wspinałem się dalej, opędzając twarz od nieznośnie bzykających muszek. W końcu ktoś ponad nami zawołał:

— Olaboga, nareszcie!

Po chwili wszyscy znaleźliśmy się na szczycie. Z ulgą wsiadłem na konia i zapatrzyłem się na przebytą drogę. Ponure i rozfalowane lesiste góry ciągnęły się w nieskończoność, pokrywała je popielata mgła i straszliwy smutek unosił się nad pospolitą jednostajnością tej przestrzeni. Ten nierówny obszar leśny nużył wprost oko. Natomiast przed nami, w dole, rozpościerał się teren jakby weselszy, lasy były przerzedzone jasnymi plamami trawiastych płaszczyzn i cały ten widok łagodził spojrzenie pewną rozmaitością. Konie zaczęły schodzić po takiej spadzistości, że przechylony do tyłu, sztywno stałem w strzemionach. Siodło przesunęło się nieomal na kark koński. Przygotowany byłem, że za chwilę koń obślizgnie się po rozmokłym gruncie i przygniecie mnie swoim ciężarem. Nieznośne naprężenie z wolna jednak mijało, pikada przechodzła w wąską i nieco piaszczystą drogę, droga ta wyprowadziła nas na równinę. Tropa, w tumanach kurzu biegła między kapuejrą, a słońce, którego nam brak było w dzisiejszej przeprawie, gwałtownie zaczęło przypiekać i wysuszać przesiągnięte leśną wilgocią ubrania. Gdzieniegdzie majaczył posępny pinior, niby ogromny niedoskubany patyk, wsadzony ręką jakiegoś pomylonego olbrzyma. Cała okolica mieniła się zrudziałymi zaroślami. Tropa pędziła z łoskotem w obrzydliwie, sucho prażącym słońcu i w kłębach przenikliwego, czerwonego pyłu. W tym śmierdzącym kraju wpada się w skrajne ostateczności. Raz leją się z nieba potoki, potem znów ogarnia cię pełna miazmatów rozparzona łaźnia dżungli, a kiedy wysuniesz głowę na niezalesioną płaszczyznę, słońce razem z obłokiem złośliwego pyłu zdaje ci się wwiercać do mózgu. Ta wstrętna, nieopanowana przesada klimatu i przyrody brazylijskiej! Pory roku zdają się istnieć tylko dla nazw, gdyż różnica między zimą a latem jest minimalna. Słyszałem, że kiedy w Kurytybie, dziwną igraszką natury, spadło w nocy nieco śniegu, cały stan Parana mało nie oszalał z dumy. Też mają snobizmy!

Wszyscy staraliśmy się jechać na przedzie, aby uniknąć tego obrzydliwego pyłu i wszyscy tłoczyli się na wąskiej drodze, nacierając na siebie końmi. Niektórzy jechali wprost przez kapuejrę. Nagle wyłoniły się przed nami dwa pasma równo biegnącej obok siebie drogi, przedzielonej trawiastym wzniesieniem. Był to mocno ubity, gładki tor wyścigowy. Wjechaliśmy nań z ulgą, bo zaraz kurz ustał. W oddali wyłonił się jakiś budynek i przestrzeń usiana pniami ściętych piniorów. Sawczuk krzyknął, że zbliżamy się do Sao Sebastiao i żeby ukryć, kto ma na wierzchu, broń, bo może się przyczepić delegat policji. Było to nieco śmieszne. Delegat policji na pewno by się nie ośmielił zaczepić kilkunastu uzbrojonych mężczyzn i to w takim pustkowiu. Pochowaliśmy jednak broń; jedni pod kurtki, inni do kieszeni. Wjechaliśmy na szeroką ulicę, która mogła zawdzięczać to określenie kilku chałupom, rozsianym w hojnych odległościach jedna od drugiej. Minęliśmy krzyż z wiszącym Chrystusem, którego tusza i zagniewana mina zmusiły mnie do obrócenia się w siodle. Chrystus był prawie naturalnej wielkości człowieka i stopami nieomal dotykał ziemi. Dziwność jego polegała właśnie na tej wielkości i tuszy oraz na wyrazie twarzy, który zdawał się mówić: „Dokąd tu będę tkwił! Słońce praży i gapią się na mnie przejezdni!” Ruch tej miejscowości zdawał się ograniczać do kilku psów włóczących się środkiem drogi z podtulonymi ogonami. Psy te były jasnożółte i zdawały się być wypłowiałe od ohydnego skwaru, jaki zalewał i niejako koncentrował się specjalnie w zasięgu tych kilku ruder. Ludzi, jak dotychczas, a zwłaszcza delegata policji, nie było widać. Całość tchnęła podłością i niechlujstwem. Budynkiem odsłaniającym się z oddali okazała się wenda z samotnym, czarniawym grubasem w piżamie, który siedział na taburecie przed wejściem. Sawczukowie podjechali do niego, coś tam pogawędzili, grubas wskazał sztywnym ramieniem na pół otwartą furtkę w ogrodzeniu i przez tę furtkę wjechaliśmy na obszerny dziedziniec. Zsiadłem z konia i od razu przysiadłem na pierwszej z brzegu belce. Nie miałem sił walczyć z ogarniającym mnie lenistwem, wobec czego postanowiłem rozsiodłać konia za chwilę. Za równiutko biegnącym parkanem rozległ się wściekły tętent i wzdłuż niego przejechał galopem efektownie odziany kaboklo, ze wspaniałą ostrogą na prawej, bosej nodze, z furkoczącą, czerwoną chustką na szyi, w połatanej, pstrej dżokejce. Siedziałem tak, rozkoszując się odpoczynkiem i jednocześnie przejęty głębokim wstrętem do tej antypatycznej, ziejącej skondensowanem ubóstwem i nudą okolicy. Kilku chłopów poszło do wendy i po chwili wrócili z koszami pełnymi kukurydzy. Zwierzęta się wytarzały, po czym zgodnie ustawiły się wzdłuż żłobu z kukurydzą. Grzeszczeszyn namaszczał grzbiet swojego konia szimaronem i co chwila pytająco spoglądał na mego osiodłanego konia, to znów na mnie. Mierził mnie, między innymi, swoją pieczołowitością wobec zwierząt, w której podświadomie wyczuwałem kompleks pastucha i ekonoma jednocześnie. Nigdy nie przeszedł obok zwierzęcia spokojnie, zawsze musiał je klepnąć i obrzucić fachowo troskliwym spojrzeniem. Cudem kilkakrotnie uniknął kopnięcia bura, zawsze znalazł jakieś powiedzonko na rozgniewane klapnięciem zwierzę, w rodzaju: „No, ty byku! Jeszcześ nieomansowany...111 żebym się nie zabrał do ciebie... na, żryj!” I podawał mu — wszystko jedno, co: kawałek drzewa albo kaczan kukurydzy bez ziaren. Od kilku minut chciałem już rozsiodłać konia, ale ponieważ widziałem, że go to drażni, więc zwlekałem. W końcu podszedł do konia i począł rozwiązywać popręg, mówiąc:

— Oj, panu toby się zdał jaki rower, bo ze zwierzętami to się pan nie umiesz obchodzić. Przecież się — biedak — odparzy.

Rozsiodłał konia i poklepał go po zadzie.

— Wysmaruj mu pan grzbiet szimaronem! — krzyknąłem.

— A cóż to, jestem pański służący... wysmaruj pan sam.

Podniosłem się, nie chcąc kontynuować dialogu. Wenda łączyła się tylnym wejściem z podwórzem, ale obok stała wielka stodoła, zbita z desek, które odstawały od siebie, tworząc szerokie szpary. Wnętrze szopy było zawalone jakimiś gratami, w kącie leżał spory kopiec kukurydzy. Kilku chłopów odwalało graty pod ściany, przygotowując wolne miejsce na nocleg. Tam też zaniosłem siodło, wyszedłem, pomogłem szwagrowi Sawczuków przy rozpalaniu ogniska, połamałem trochę gałęzi i zorientowawszy się, że jestem tu prawie zbyteczny, wyszedłem za furtkę i skierowałem się do wendy. Otyły brunet w piżamie stał za ladą i zawzięcie wzbraniał kredytu kaboklowi w dżokejce. Zauważyłem, że strojniś był pijany i uparcie dowodził, że nie wyjedzie bez dwóch butelek kaszasy, bo umarł mu brat, ma „pustą noc” a nie ma pieniędzy. Wenda nawet — jak na taką pustać — była dość obficie zaopatrzona. Na widok skrzynki z jajami, z przyjemnością pomyślałem o zmianie kuchni. Kazałem sobie odliczyć czterdzieści sztuk, kupiłem również dwa kilo podejrzanej kiełbasy, dwie butelki kaszasy i kilkanaście twardych bułeczek. Wszystko to poleciłem wynieść na podwórze na pół zaklejonej brudem dziewczynce. Sam przysiadłem na ławeczce i popijając ciepłe i zwietrzałe piwo przysłuchiwałem się sprzeczce pijanego kabokla z wendziarzem. W pewnej chwili do wendy wszedł bardzo wysoki, chudy i opalony człowiek, ubrany na pół po wojskowemu. Zaczęła się rozmowa, której przysłuchiwałem się z opuszczoną głową i przymrużonymi oczami, poruszony nieco jej treścią. Jegomościa, który wszedł, zostawił tutaj przed dziesięciu dniami oddział lotnej policji, celem dopilnowania wyroków. Wyroki te dotyczyły przestępców, zamieszkujących Sao Sebastiao i okolicę, a polegały na ścinaniu piniorów. Od jakości przestępstwa zależała ilość piniorów. Co kilka lat policja odwiedzała te odległe strony i nakładała ryczałty za wszystkie nagromadzone przez ten okres przewinienia. Nie opłacało się wlec kogoś przez dżunglę za kradzież czy bójkę. Kary te były natury psychologicznej i pożytecznej, biorąc pod uwagę lenistwo kaboklów i wyrąb przestrzeni. Skuteczność tej metody widziałem przez drzwi w postaci pni ściętych drzew. Dwóch morderców policja zabrała do więzienia w Prudentopolis. Dziwność rozmowy, której się przysłuchiwałem, polegała na tym, że wendziarz nie odrobił swego wyroku i tłumaczył się tym, że jest chory na serce, a kaboklo, któremu zapłacił za ścięcie sześciu piniorów, nie wywiązał się jeszcze ze swego zobowiązania. Wendziarz postawił koło wykonawcy butelkę piwa i opędzając się przed pijanym kaboklem, delikatnie przekomarzał się z egzekutorem. Rozmowa prowadzona była w ten mniej więcej sposób: