— No to niech pan zerwie... dam panu po milu za każdy liść, zgoda?

— Proszę pana, ja tak wysoko wleźć nie potrafię, ale są specjaliści...

— Panie, uspokój się pan... znów pana dzisiaj coś napada!

Roześmiał się swym zmiętym śmiechem i podjechał nudzić Sawczuków. Czasem żal mi było tego chłopca. Jeśli chciał na przykład oczy rozszerzyć ze zdziwienia, wówczas zezował, bo te jego maleńkie, skisłe oczka nie chciały się rozszerzać. Jeśli chciał się uśmiechnąć, zamiast uśmiechu pojawiał się cierpki grymas. Pragnął być żwawy i rześki, a potykał się. Z siodła zwisał, a udawał zucha i dobrego jeźdźca. Był to jegomość bardzo nieudany. Przypuszczam, że na przykład w Warszawie nadawałby się na sprzedawcę dewocjonaliów w budce przed kościołem. Mógłby także przed główną pocztą sprzedawać jakąś „Sztafetę”116.

Nagle świat poszarzał i na wolnej przestrzeni odsłoniło się nagle, niby fatamorgana, małe, przycupnięte miasteczko. Był to widok niespodziany i nieco niesamowity. W sennej ciszy południa odezwał się dzwon kościelny i w tej puszczy, na szarej plamie pustkowia, między tulącymi się chałupkami, wyłonił się wyraźnie niewielki kościołek z wyraźnie migocącymi świecami na ołtarzu, z ludźmi wychodzącymi ze środka i nakładającymi kapelusze na głowy. W kłębach kurzu zbliżaliśmy się coraz bliżej, omijając niebiesko pomalowany kościół. W powietrzu ciągle wibrowały dźwięki dzwonów. Wjechaliśmy między parkany, ulica była pusta, jakieś brudne dziecko z palcem w ustach smutno na nas patrzyło, opierając się na łbie siedzącego psa. Kościół mieliśmy po lewej stronie, tam też było widać niewielką grupę ludzi, którzy zresztą nie zwracali na nas uwagi. Słońce się skryło i zrobiło się jakby kto popiołem sypnął. Nie zdarzyło mi się nigdy odczuć podobnie smutnego nastroju. Atmosfera miasteczka miała w sobie jakieś specjalne piętno wegetacji. Jechaliśmy przez nie bez zatrzymania. Na drzwiach na półprzymkniętej wendy zobaczyłem przyklejony papier z napisem: „Dzieciom nie wolno uprawiać żadnych gier ani zabaw”. Dalej, na parkanie widniał inny napis: „Mieszkańcom zabrania się urządzania balów i wyścigów”. Zaintrygowany, podjechałem do starszego Sawczuka i spytałem go, co to wszystko znaczy?

— To miasteczko nazywa się Maryland. Jakiś bogaty Anglik zakupił te wszystkie, co pan widzi, tereny, na własny koszt pobudował to całe miasteczko i pozwala je zamieszkiwać tylko tym ludziom, którzy będą trzy razy w tygodniu chodzić do kościoła i podporządkują się tym przepisom, co je pan wyczytał. Każdy ma prawo uprawiać trochę wydzielonej mu ziemi, kaszasy ani pingi w ogóle nie wyrabiają... i tak sobie żyją, jak bydlęta w niewoli.

Zapuściliśmy się z powrotem w las, minęliśmy kilka spalenisk po rosach, jakieś nagie drzewo zamajaczyło posępnym, wapiennym szkieletem. Droga na krótko zepsuła się, znów otoczyły nas: mrok, gęstwa i parność. Kiedy wynurzyliśmy się z tej łaźni, znów ukazał się tchnący majestatyczną ciszą bór, słońce nieśmiałymi pasmami przenikało poprzez górną gęstwę i kładło się na pnie i pogmatwane zawilce. Odzywały się ptaki, ale jakoś ciszej i rzadziej. Przyglądając się szalonej obfitości i w bolesnych skrętach porastającej podnóża pni roślinności, jakimś rozczapierzonym korzeniom, na pół przełamanym drzewom, przegniłym pniom obrosłym wściekłą bujnością, doświadczałem wrażenia, że znajduję się w jakiejś wielkiej rupieciarni przyrody, że wszystko co martwe i nie do użytku zostało jakąś potężną dłonią zwalone między rozpasaną żywotność i zatrzęsienie łodyg, pnączy, kwiatów i paproci. Na zgniliźnie porastało nowe życie, wszystko zdawało się rozpychać i brutalnie piąć ku górze w milczącym wrzasku i tłoku, porastając poprzez siebie, depcąc słabszych, starając się wyścibić ku słońcu i ku górze choćby jakiś pąk, jedną gałązkę. I wszystko to zdawało się pocić, wydzielało skondensowaną woń przypływającą do nozdrzy w różnych odcieniach, często po prostu w smrodach, zawsze wiercącą, mocną, nigdy łagodną, lecz drażniącą powonienie. Niedobry czar nie męczył, raczej denerwował i podniecał. Chciało się jakiejś planowości, jakiegoś rozważnego porządku, a nie tej dzikiej pychy i niechlujnego bogactwa. Taką dziedziną wiodła nas bez końca wąska pikada, czasem podniósł się czyjś śpiew i milkł nieudanie, zatrząsł się śmiech, wybuchła rozmowa, zabrzmiał okrzyk, lecz rwało się to wszystko i czas zdawał się wlec nieznośnie w rytmie kroków końskich. W pewnej chwili przedarły się do nas skądś, z głębi lasu, jakieś przytłumione wołania, powoli nabierały siły i wyrazu, aż w końcu wyraźnie słychać było nieregularne okrzyki:

— Ołej... joj! Hu! Eło! Eło!

Na twarzach Sawczuków zauważyłem pewne zakłopotanie, kiedy zatrzymali się i spojrzeli na jadących w tyle. Głosy niewidzialnych ludzi słychać było już w pobliżu, a wraz z nimi dobiegał głuchy, tajemniczy trzask i dudnienie. I wbrew moim oczekiwaniom, głosy te z wolna zdawały się oddalać. Coraz bardziej. Sawczuk zawołał:

— Ej, niech to diabli! Tropa świń idzie przed nami! Wyminąć ich nie sposób, a piorun wie, gdzie się jakie wolne przejście nadarzy. Późnośmy wyjechali, a teraz znów świnie nas zatrzymają i chyba po nocy zajedziemy na nocleg! Jedźmy naprzód, może się da co zrobić!