Ruszyliśmy i po kilkunastu minutach na wąskim pasie pikady ujrzeliśmy posuwające się powoli aż do mdłości, stłoczone i zalewające pole widzenia, tłuste, brunatne świnie. Pośród nich wlókł się obszarpany Murzyn, gardłowo co chwila wykrzykiwał, na co odpowiadał mu z daleka ktoś niewidzialny. Już sam widok tej wstrętnej opieszałości przejmował potwornym zmęczeniem i nudą. Murzyn jadł jakieś brązowe świństwo; apatycznie oglądał się na nas co pewien czas, wypędzał świnie z zarośli i zdawał się być rad naszemu położeniu. Co prawda, Sawczuk coś tam wyklinał i groził, że mu całą tropę roztratuje i porozpędza, na co znów cuchnąca figura odpowiedziała, że będziemy musieli zapłacić odszkodowanie za pokaleczone bydlęta. Zaczął się koszmar powolnego wleczenia, niby za jakimś pogrzebem. Konie poczęły się denerwować, dreptały w miejscu, rzucały się w bok. Brak tylko było marsza żałobnego, byłoby rytmicznie. W nozdrza wwiercał się ciepły zaduch trzody, i potraktowałem to jako karę za wyżej wymienione wyrzekania na naturalne zapachy puszczy. Jakby dla pogrążenia mnie w abnegacji jeszcze bardziej, Bełcik poinformował mnie, że taka świńska tropa robi nie więcej niż czternaście kilometrów. Robiliśmy mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów dziennie, wlokąc się na koniach i teraz wydała mi się nasza jazda rekordową wobec tego nieszczęścia, któreśmy napotkali. Grzeszczeszyn szedł obok konia, co chwila klepał po tłustym zadzie którąś ze świń, jedna nawet mu się położyła u nóg jakby w oczekiwaniu bardziej wyrafinowanych pieszczot. Jest to fakt znamienny dla naszego powolnego posuwania się, skoro nasz wielbiciel nierogacizny mógł się spokojnie wyczulić ze swą przygodną sympatią. Zresztą Murzyn opieszałym uderzeniem bata spędził mu ją spod palców. Żałosne i upokarzające było to nasze posuwanie się naprzód. W końcu bury poczęły się ostro niepokoić, kilka z nich wlazło między świnie, rozpoczęły się wierzgania i kwiki. Z przodu wyłonił się między brunatnymi cielskami drugi poganiacz, kaboklo, i zakomunikował nam, że niedaleko płynie rzeczka i tam będziemy mogli ich wyminąć. Z godzinę jeszcze posuwaliśmy się w mroku i smrodzie, w końcu pikada poszerzyła się znacznie przy niewielkiej rzeczce, więc popędziliśmy szybko konie, starając się nadrobić stracony czas. Tymczasem ściemniło się zupełnie, tak, że już nie można było odróżnić drzew i jechaliśmy tak, jak nas prowadziły konie. Głodne i zmęczone zwierzęta gryzły się, przystawały co chwila, zbaczały powodując zamieszanie. Snuła się między nami atmosfera złości, co chwila ktoś klął, zawadzał głową o gałąź, bił konia batem i nie widząc się wzajemnie, ludzie wiercili się na koniach w bezsilnej wściekłości. Jakby dla spotęgowania tej udręki, zaczął padać deszcz i teraz na dobre wszystkich ogarnęło coś w rodzaju szału. Chłopi byli zaniepokojeni możliwością zaginięcia burów z kalgierami, których w ciemności nie można było się doliczyć. Deszcz zamiast uśmierzyć rozgorączkowanie tropy, podsycał jeszcze zamęt. Ta jazda po omacku była wprost ohydna. Tak się jakoś zdarzyło, że jechałem — sądząc po okrzykach w tyle — na przedzie tropy. Tuż za plecami słyszałem człapania, szmery i oddechy tłoczącego się stada. I oto nagle twarz moja zetknęła się z czymś szorstkim i twardym, zaraz potem uczułem gwałtowny ucisk do tyłu i w tej chwili spadłem z konia. Jednocześnie w kilku miejscach ciała poczułem bolesne uderzenia kopyt, próbowałem wstać, ale głową uderzałem o ciepłe i wilgotne brzuchy zwierząt, więc tylko zakryłem twarz rękami i począłem krzyczeć. Gdzieś z góry usłyszałem czyjś okrzyk:
— Stać! Zatrzymajcie się, ktoś zawadził głową o pień i leży na ziemi... zdepczą go bury!... Zaświećcie zapałkę!
Zrobiło się cicho, wylęknione zwierzęta stąpały w miejscu, ciągle dostawałem uderzenia kopyt, udało mi się usiąść, posłyszałem trzask zapałki, w nikłym świetle ktoś się nade mną pochylił, w tej chwili wstałem i jednocześnie w szmerze padającego deszczu posłyszałem obłąkańczy chichot i potem okrzyk Grzeszczeszyna:
— Toć to pan Łóniłowski leży pod burami! Hehehe! A to mu się dostało... hahahe, bo skonam ze śmiechu... Żyje, żyje! O, jak Boga kocham... a to dopiero opera!
Obok stał Bełcik i trzymał mnie pod ramię. Gwałtownie wyciągnąłem rewolwer z pochwy i czekałem aż przy następnej zapałce mignie mi twarz Grzeszczeszyna. W tej chwili posłyszałem nad uchem chrapliwy głos Bełcika:
— Dajże pan spokój temu idiocie... przecież to wariat, cholera... Lepiej mu pan później nakładziesz po pysku... co pan będzie krew przelewał... przecież to nienormalne bydlę...
W tej chwili ktoś zapalił zapałkę i zamajaczyła mi rozbawiona gęba Grzeszczeszyna. Trzęsącą się ręką wycelowałem w tę twarz, ale Bełcik gwałtownie nacisnął mi rękę z bronią do ziemi i jednocześnie zgasła zapałka. Posłyszałem dwa głosy: „Panie, panie, bo pan zgnijesz w więzieniu... com panu zawinił...” I zaraz drugi głos Bełcika: „Właź pan na konia i schowaj pan szmita... Weź się pan w kupę... Bardzo pana pocharatało?”
Ledwie usadowiłem się w siodle, kiedy raptem natarł na mnie koniem Sawczuk i zadyszanym głosem począł mówić:
— Niech pan mi zaraz odda szmita... Co pan chce zrobić?... Uspokoi się pan, to później go panu oddam i pogadamy...
— Nie dostanie pan rewolweru... niech pan będzie spokojny... już nic temu łajdakowi nie zrobię, jedźmy dalej!