— Niechże pan na rany Boskie, nie robi żadnej hecy... daj pan słowo!

— Daję panu słowo, że nie będę do niego strzelał, już mi przeszło... jedźmy!

Zaczęliśmy brnąć dalej. W tyle panowała wyczekująca cisza. Po lewej stronie obok mnie jechał Sawczuk, a po prawej Bełcik. Obaj starali się mnie uspokoić. Czułem się zresztą doskonale spokojny i jakiś przepalony wewnętrznie. Całe ciało miałem obolałe. Rozmyślałem sobie, że oto o krok byłem od zabójstwa i chociaż nie uczyniłem tego, to jednak wewnętrznie zamiar ten był ustalony. Na skutek wstrętnych okoliczności i zdenerwowania, byłbym tego głupca ukatrupił. Bo przecież tylko głupota była całą jego winą. Zamiast przyjść mi z pomocą w momencie, kiedy lada chwila mogłem dostać śmiertelne kopnięcie, zaczął się śmiać. Zdawałoby się, że to jeszcze nie jest powód do morderstwa, ale gdyby komukolwiek zdarzyło się znaleźć w podobnej sytuacji, impulsywnie uczyniłby to samo. Zresztą w tej chwili cały ten incydent zdawał mi się być obcy i oddalony, zwłaszcza, że w czerni nocy pojawiły się upiorne mgławice i zza ledwie otartych mdłym seledynem drzew, dały się słyszeć jęki i syki pełne tajemnej grozy. I nagle odsłonił się widok tak niesamowity, że myśl o jego realności i świadomej przyczynie była przykrą. Po zasnutej oparami, czerwonawo oświetlonej przestrzeni, powłóczyły się niekształtne i białawe widma pośród syków i trzasków. Prócz tego przestrzeń upstrzona była czerwonymi rozdarciami i boleśnie powykręcanymi szkieletami opalonych drzew. Wiało od tego drażniącym odorem spalenizny. Drobny deszcz polewał to niewygasłe spalenisko i podnosił fantastyczną grozę oparów, strzępiących się pośród syków i na pół zwęglonych konturów drzew. Przejeżdżaliśmy mimo tego sugestywnego pobojowiska w posępnym milczeniu. Na słabo oświetloną drogę kładły się podłużne cienie zwierząt. Po chwili znów ogarnęły nas ciemności i nastrojowe widowisko pożaru pozostało w tyle. W mój podniecony tym widokiem umysł wdarło się trzeźwe zdanie Sawczuka:

— Deszcz mu w samą porę przygasił rosę, to i zaraz będzie mógł sadzić!

Wkrótce w ciemni zadrgało nikłe światełko i po chwili zatrzymaliśmy się nad jarem z przycupniętą na brzegu chałupą kabokla. Mimo deszczu, który zresztą ledwie popadywał, rozpalono dwa ogniska i przy świetle zapalonych wiechci liczono zwierzęta. Jakimś cudem nie brakowało ani jednego. Kiedy wszyscy skupili się wokół ognisk przy szimaronie, stanąłem w środku i powiedziałem:

— Wszyscy byliście świadkami, co mi się przydarzyło. Każdy z was zrozumie, że zachowanie się pana Grzeszczeszyna było nie tyle podłe, ile idiotyczne. Trochę mi przeszkodzono, kiedy chciałem strzelić do niego, a także sam nieco się opanowałem. Faktem jest, że chciałem strzelić i mogę o tym powiadomić najbliższy posterunek policji. To już jest załatwione. Ale powiedzcie mi, czy według was, powinienem sprawić lanie tej pokrace, czy też nie? Jakby któryś z was uczynił?

— Kiedy panie, przecież to jest przygłup... Najlepiej go zostawić w spokoju — odezwał się starszy Sawczuk.

— A ja bi go zbił... to męźcizna... to buro — wtrącił szwagier Sawczuków.

W tej chwili zdarzyła się najmniej spodziewana i właściwie przykra scena. Grzeszczeszyn zaczął mówić ze swego miejsca przy ogniu jakimś skamlącym głosem:

— Panie kochany... obaj jesteśmy Polacy na obczyźnie... w takiej pustyni... Daruj mi pan... jam nerwowy, a jeszcze ta droga mnie dobiła... Roześmiałem się, ale wierzaj mi pan, że niezdrowo... Tak śmiesznie tam się pan gramolił... Pan jest dobry chłop, ja pana lubię i szanuję, a że czasem w drodze... jak tak się ciągle jest ze sobą... Przecież ja wiem, że nie strzeliłby pan do mnie... Napij się pan szimaronu... niedaleko już Londrina... Zapomnijmy o tym!