Właściwie tym odezwaniem całą sprawę wyczerpał. Mimo woli przysiadłem przy najbliższym ogniu i chwyciłem kuję z szimaronem. Nikt się już w tej sprawie nie odezwał, zresztą ludzie byli półprzytomni ze zmęczenia i zaraz po kolacji podnieśli się od ognisk. Wlazłem razem ze wszystkimi do brudnej i pustej szopy, otuliłem się wilgotną kapą i położyłem się w kącie. Usnąłem momentalnie.

Słoneczny ranek sprawił, że całe wczorajsze piekiełko wydało mi się niedobrym snem. Co prawda, podczas siodłania konia (a zauważyłem, że podczas tej czynności myślę intensywnie i realnie) przeszła mi przez głowę przykra świadomość, że to wczorajsze zdarzenie stało się ciemną kartą mojego życia. Ale kiedy sobie uprzytomniłem, że to wszystko działo się w przeciągu kilkunastu sekund i pod wpływem szoku nerwowego, wówczas darowałem sobie połowę winy, a drugą połowę przelałem na Grzeszczeszyna. Zwłaszcza, że surowe życie obozu od samego rana ujęło mnie w swe karby.

W związku z opóźnieniem spodziewaliśmy się przyjazdu Dąbskiego. Interesowało to i mnie także, ponieważ winien mu byłem bura, który szedł sobie zresztą swobodnie w tropie, oraz zapłatę za siodło i być może jeszcze za coś, czego nie pamiętałem. Widocznie ten koń zatrzymał go na dłużej. Osiodłałem konia, napiłem się jeszcze trochę kawy (śniadanie zjadłem już dawno) i począłem sobie spacerować między zwierzętami, unikając starannie kopnięcia i Grzeszczeszyna. Widać było, że kaboklo, u którego zanocowaliśmy, był zamożny i dość gospodarny, co mi się rzadko zdarzało widzieć. Miał niezłą chałupę, osobną kuchnię, dwie stodoły, wszystko to otoczone solidnym parkanem. Trochę z nami podowcipkował, nie chciał wziąć pieniędzy za kukurydzę i w ogóle zachowywał się po pańsku. Bosy, w połatanych portkach i wyszmelcowanej koszuli, drapał się po zmierzwionej łepetynie, pełnej drobnego śmiecia, co mu nie przeszkadzało zachowywać się wobec nas dumnie i z grzeczną rezerwą. Z tyłu, z portek, sterczał mu wielki jak szabla fakon. Przewracał wielkimi, czarnymi ślepiami i z cywilizacyjnego punktu widzenia przedstawiał się — biedactwo — w gruncie rzeczy fatalnie. Przykro było pomyśleć, że ta barwna, soczysta i słoneczna Brazylia rodzi tak nieudanych synów. Pożegnał nas szerokim i pańskim gestem prawej dłoni i pod pachą mignęły czarne kudły z rozdartej koszuli.

Od razu dało się zauważyć, że od Sao Sebastiao okolica zmieniła swój charakter i po krótkiej nudzie obszaru paproci, puszcza z głuchych i mrocznych ostępów przerodziła się w barwną i egzotyczną dziedzinę. Jechaliśmy szeroką drogą między ścianami lasu, po miękkiej warstwie opadłych, rudych liści, sprawiających wrażenie romantycznej alei w zapuszczonym parku na jesieni. Na drzewach łyskały storczyki i orchidee, nakrapiane, niepokojąco piękne i dziwaczne stwory, drapieżnie przyczajone w cienistych wnękach gałęzi i zdające się drwić z mojego chciwego i zachwyconego, europejskiego spojrzenia. Z gałęzi zwisały całe kwietne ogrody i z fantastyczną beztroską bogactwa i urody, przerzucały się w girlandach z drzewa na drzewo. Ta dzika, barwna i szeroka uroda puszczy ukazała się nagle, jakby pragnąc nagrodzić nam nasze poprzednie, żmudne — niby w jakimś tunelu — przedzierania się. Po tych wszystkich uciążliwościach, poziomych drzewach, wymyślnych pułapkach, cierniach i zaduchu, puszcza zdawała się zrezygnować z obrony i obrazować swoim przepychem słowa w rodzaju: „Skoroś już się tu przedostał braciszku, toś zuch i patrz teraz...”

Resztki mego pozytywizmu co do przyrody brazylijskiej zaczęły się tu gwałtownie odradzać. Przede wszystkim umiar, a nie jakieś pyszałkowate i bez gustu popisywanie się bogactwem, niby nuworysz pierścieniami na grubych paluchach i złotym łańcuchem na brzuchu. W zatrzęsieniu kwiatów i barw przejawiała się pewna fantazja. Była to bujność uregulowana i nie krzycząca. Brakowało mi tylko węży, małp... słowem tego wszystkiego, co obiecuje fama tego kraju: „Z żywych stworzeń tylko ptaki i owady... proszę szanownego pana... Na razie nie możemy więcej... może później...”

Niełatwo się zachwycam, ale skoro wpadnę w ten stan, to już wyczerpująco. Okno mego pokoju w Rio de Janeiro wychodziło na półdziki ogród i często, rankiem budził mnie najbardziej misterny cud przyrody — koliber. Ten rozterkotany czar, uosobienie najwdzięczniejszej energii, ilekroć wpadał do mego pokoju i mgiełką koloru skrzył się pod sufitem, zawsze wprowadzał mnie w stan najczystszego zachwytu. Bawił niedługo, jakby tylko naprowadzić mnie chciał na myśl w rodzaju: „Przecież widzisz mnie... i jakże tu nie wierzyć?”... po czym odlatywał rozedrganą smużką do wirujących nad kwiatami towarzyszy. W tym pokoju wiodłem przykre i tęskne życie, ale ilekroć zdarzało mi się widzieć kolibry, popadałem na cały dzień w radosny nastrój. Sądzę, że gdyby zamiast Grzeszczeszyna ukazywały się choćby z rzadka kolibry, książka ta byłaby jednym peanem na cześć Brazylii. Widać te kolibry to miejskie istotki, bo w tej podróży ich nie widziałem. A szkoda. Zamiast posępnych roztrząsań trwałbym cały dzień na koniu w podziwie i zachwycie. A może teraz nie pora na nie? Nie wiem, nie jestem przyrodnikiem ani ornitologiem. Co mnie obchodzi pora! Ten kraj posiada złośliwy talent koncentrowania rzeczy pięknych w pewnych miejscach, kosztem nużącej jednostajności innych terenów. Tak jest z Rio de Janeiro. Książki o Brazylii powiadają o tych skondensowanych urokach, natomiast przemilczają mdły nastrój interioru.

Puszcza, którą teraz przejeżdżaliśmy, oprócz szeregu dodatnich cech, ukazała mi parę fragmentów swego plastycznego humoru. W pewnym miejscu napotkałem brodate drzewa. Po prostu, z gałęzi zwieszała się sucha zieleń, przyprószona siwizną i w kędziorach majestatycznie opadała ku ziemi. Dalej ukazało się tak upozowane drzewo, że wyglądało niby olbrzym zastygły w figurze mazura. Gdzie indziej dwa drzewa zdawały się chwytać konarami za bary. Nad szczupłą, kokieteryjną palmą pochylała się gruba gałąź, jakby ją całując i błogosławiąc na podróż. Czasem na drodze sterczała gałąź i zdawała się mówić: „Stój, coś ci powiem!”

Tak więc, jazda stała się niespodzianie przyjemnością. Na skutek zbliżania się do celu podróży, ludzi opanował realny humor, objawiający się w śpiewach i przekomarzaniach. Na zakręcie ujrzeliśmy czystą tablicę z wyraźnym napisem: „Fazenda117 Whitakera”. Doskonała, uroczyście ocieniona droga przypominała udrękę przedzierania się przez dżunglę i jednocześnie przejmowała dziwacznym żalem za mozołem i wysiłkiem. Wypominała swą łatwość. Po południu ściany puszczy urwały się i wyjechaliśmy na jasnozielony camp118 porosły trawą i najeżony rdzawymi kopcami mrowisk. Sawczukowie podjechali do białego domku i zapytali stojącego w drzwiach człowieka, czy można będzie (oczywiście za opłatą, bo na terenie Whitakera) przenocować. Po uzyskaniu zgody, rozbiliśmy obóz nad czystą i płytką rzeczką, obok szałasu składającego się z jednej pochyłej ściany splecionej z trzciny i z liści. Górna część tego dachu (i ściany jednocześnie — kłopot z określeniem!) opierała się na dwóch drągach. Siedział tam człowiek gładko ogolony, ale o spuchniętych policzkach i z workami pod wyblakłymi oczami, ubrany nędznie i jakoś stęchle. Jego brązowa marynarka — typowa marynarka włóczęgi — oraz jasne spodnie, były dokładnie wymięte, jak gdyby długo wyleżały się w jakimś schowku. Byłem pewien, że ten człowiek przebył dłuższy okres w szpitalu lub w więzieniu. Siedział w kontemplacji, z podwiniętymi na krzyż nogami. Obok leżał brudny węzełek i łaska z kościaną gałką. Nasze przybycie nie wywarło na nim żadnego wrażenia. Zmienił tylko pozycję, wyciągnął się oparty na łokciu i leniwie począł gryźć źdźbło. Krzątaliśmy się koło zwierząt, rzucając pod jego adresem rozmaite uwagi. Nieopatrznie położyłem siodło w zasięgu pochyłego daszka, na co jegomość chwycił laskę i wyszturgał nią siodło poza granicę szałasu. Zaraz położył się na wznak i począł nucić jakąś monotonną melodię.

Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jest to ubogi Anglik. Melodia, którą nucił, była specjalnie angielska. Przy czym kwestia z siodłem nie dawała mi spokoju. Tymczasem rozpalono ognisko i umieszczono w nim kociołki. W pewnej chwili spojrzałem na twarz włóczęgi. Dyszał gniewnie i chciwie patrzył na kociołki. Ale skoro zauważył, że go obserwuję, odwrócił się, gwiżdżąc ciągle swą melodię. Mimo sytuacji przychylnej do nawiązywania rozmów, nikt się nie odezwał do niego słowem, a nawet po pewnym czasie przestano się nim zajmować. Wyjąłem z worka ręcznik i mydło, po czym poszedłem wzdłuż rzeki, do miejsca, gdzie przepływała między zaroślami. Rozebrałem się i ległem na wyszlifowanym dnie z kamienia. Ta niewygodna kąpiel na płyciźnie trwała z pół godziny, po czym wymyty i rześki, wróciłem do obozu. Włóczęga ciągle nucił pod szałasem. Usiadłem przy ognisku, nałożyłem sobie na talerz fiżonu z ryżem i począłem jeść, nie spuszczając z oka niefrasobliwej postaci pod szałasem. Usiadł i gdy pochwyciłem jego wzrok, zrobiłem proponujący gest ręką w stronę talerza. Obejrzał się za siebie, jakby szukając kogoś, kogo ten gest dotyczył. Zjedliśmy kolację, poszedłem z Sawczukami i Bełcikiem nad rzekę, aby naciąć gałęzi na szałas. Wróciliśmy i zabraliśmy się do roboty. Zachodzące słońce okryło świat czerwienią i od rzeki powiało chłodem. Człowiek spod szałasu wstał, wyjął z kieszeni zapalniczkę, przeciągnął się i ziewnął, po czym w kilku miejscach podpalił wysuszony dach. Po tym czynie podciągnął spodnie, podniósł węzełek i laskę, i po prostu poszedł sobie drogą wiodącą do lasu. Gwizdał. Dach szałasu strzelił wesołym ogniem ku niebu. Sylwetka włóczęgi majaczyła w groteskowych podskokach na czerwonym tle, po czym rozmazała się na brunatnej ścianie lasu. I przepadł! Złośliwy Chaplin z brazylijskiej puszczy. Milczące zdumienie nasze przerwał okrzyk Grzeszczeszyna:

— A to sukinsyn! Podpalił szałas... ganiać go!