— A to sobie go pan ganiaj! — odpowiedział Bełcik. — Wariat jakiś, tfu!

Kilku chłopów poczęło deptać gasnące resztki szałasu. Sawczukowie wyciągnęli osmalone drągi i przenieśli na miejsce, gdzie mieliśmy postawić nasz schron. Nikt nie komentował zdarzenia. Kiedy szałas był gotów, porozkładaliśmy kapy wokół ogniska i wsłuchani w nocny bulgot rzeczki, leżąc w rozedrganych poblaskach, w milczeniu piliśmy szimaron.

Jakoś nie zbierało się na żarty. Ludzie rozmyślali o swoich sprawach, a nastrojowy wieczór skłaniał raczej do wspomnień i roztrząsań, co się zresztą przejawiło w słowach, tęsknie wymykających się spod nastroszonych wąsów starego Bełcika.

Wyciągnął się wygodnie i począł mówić:

— Jakie to my, te chłopy polskie na ziemie pazerne. Każden ma swoje niezgorsze gospodarki, każden z nas, co leżymy tutaj, ma byt ustanowiony, osiadłą od lat rodzinę, a jeszcze nas ciągnie coraz dalej, coraz więcej ziemi nakupić i nowej roboty w ręce sobie napędzić. I że to wy, co młodsi... Ale i mnie starego chciwość na ziemię pędzi z wami. A jakem tu przybył, że czterdzieści roków temu będzie, to ino te łapy człowiek miał do roboty i nic więcej. A tak to wtedy było, że gdzie chłop polski przyszedł, tam nie było ani Boga, ani diabła, tylko bór okrutny i chłop polski. I co to potu z człeka się utoczyło, a i krwi nierzadko, zanim to sobie jaki taki byt urządził. Usiadłeś pod wieczór przed chałupą i dopiero jak cię nie ułapi tęsknica za swoim narodem, to choć gryź te twarde ziemie, żadnej ulgi ci nie przyniesie. Zasłuchasz się w głuchą puszczę, a tam ci się nie słowik odezwie, tylko gabriwa zapłacze, piosneczki poszuka... I oto los twój, chłopie... zamieniłeś sobie słowika na gabriwę . Dzieciak ci woła kartofla, a ty mu wołasz: „Weź se laranie119, kartofli nie ma”. Wyrośnie ci to dziecko, a inne już jakieś... do obcego języka sposobniejsze... już tą puszczą nasiąkło. Jak się zbierzemy gdzie w kupie, na jakiej szuraskadzie120, a podpiję sobie, to im wołam: „Ja nie z tych Polaków, co to się na okręcie urodzili... ja w Wiśle kąpany!” A ci w śmiech! Później, jak szkołę postawili, wraca mi dziecko do chałupy i powiada, że mu nauczycielka wyciągnęła wesz z głowy i wsadziła do gęby i czekała, aż nie rozgryzie. Tak ci to chłopskie dzieci czystości uczyli! A jak się doczekałeś szkoły polskiej i gazety w swoim języku i majątku, i poważania, to cię znów gna w te lasy, nowe alkry skupować... takie już masz we krwi umiłowanie do ziemi, żebyś ją przepuszczał przez kiszki, jak glista jaka! A ta jest przyczyna, żeś się najpierw w tej pańszczyźnianej Polsce za gruntem wygłodził, a potem, jakeś już wolny był, to ci wiecznie go było brak, tylko żeś zawsze na cudzym tyrał. I dopiero tutaj odgrywasz się, chłopie i pracowicie żyjesz sobie jak wolny człowiek, a nie jak jakie zwierzę...

— Ano zobaczym, jak to tam będzie na tej Londrinie... może jeszcze wrócimy na stare i wy, Bełciku, po próżnicy gadacie! — wtrącił któryś z chłopów.

Stary uśmiechnął się drwiąco i chytrymi ślepiami zerknął w moją stronę porozumiewawczo. Tak, to prawda, że go tam bardzo nie zrozumieli. Nie podtrzymali tej rozmowy, ziewali, skłonni do milczenia. Nieopodal w krzakach odezwało się nagle wyraźne szczekanie, podniosłem się i odszedłem parę kroków, nasłuchując. Przy ogniu ktoś zakasłał, a Bełcik zawołał:

— Siadajże pan, bo przez to pańskie opuszczone miejsce wiater wpadł i dymem oczy ludziom zasypał... Czego pan tam nasłuchuje?

— Słucham skąd te psy, bo przecież chałupa jest w innej stronie!

— Jakie to tam psy... Żaby se szczekają! Siadajcie, panie, to opowiem, jakie ja miałem z żabami tarapaty.