Zająłem swoje miejsce przy ogniu, a Bełcik zaczął mówić:
— Mnie kaczęta bardzo ginęły. Tom podpatrzył, że je — ścierwie jedne — żaby za łapki wciągają pod wodę, jak pływają. Takem sobie myślał jakby je tu wymarnować. Tylko gdzieś mi się chowały ciągle. Przyszła pora zimowa, a miałem ule z pszczołami. Kiedyś przychodzę koło pasieki, aż tu patrzę zza krzaków, żaba jak kapelusz, wspina się do dziury w ulu, puka łapą i rozdziawia paszczę, a głupie pszczoły sznureczkiem wpadają jej do gardła. Zarazem do niej przypadł, ale mi wpadła w gęstwę. Dawno już się głowiłem, że mi tak pszczół coraz więcej ubywa. To mnie już rozgniewało. Kiedyś zaglądam do pajora i patrzę... w kącie przycupły dwie żaby. Zbliżać się do tego paskudztwa obrzydliwie, a wielgaśne takie, że i zabijać je nijako. Przyczepiłem wiecheć do długiego patyka, umaczałem go w kreolinie i z daleka przejechałem żabom po grzbiecie Po paru dniach dzieci znalazły je martwe, bo im kreolina grzbiety poprzegryzała. Później mi te pszczoły znów Alma de Gato wyjadały. Też juchy mądrale i prześmiszne w sposobach... Przychodzi ta zimową porą i pszczoły siedzą w ulach, wtedy Alma de Gato dziobie w ul, pszczoły wylatują popatrzeć, co to za gość im puka, a wtedy ptak je sobie spokojnie pojada. Tylko że tam, gdzie Alma de Gato się kręci, zawszeć i kot koło takiego ula się kręci... Takie to jest jak zawsze we świecie... jedno drugie zjada...
A już chyba najbardziej okrutne stworzenie, to jest sam człowiek. Kiedyś, było to w niedzielę, wybraliśmy się z synem do puszczy popolować trochę. Aż tu nad głowami naszymi jak się nie podniesie wrzask... I zadzieramy łby do góry, a tam małpy po lianach uciekają przed nami, aż się liście tylko sypią... Mój syn przykłada strzelbę do ramienia i celuje w jedną małpę, co najniżej siedziała z małą małpką uwieszoną u szyi. Widzi stara małpa, że już nie zdąży uciec, to bierze małe w łapy, wyciąga przed siebie i łepkiem kręci, i pokazuje na to małe i prosi, jak człowieczek jaki, żeby jej życie darować. Aż mnie — starego — tak to targnęło za serce, że mówię do syna, aby spuścił strzelbę, a ten w tej chwili wystrzelił i małpa z małym czepiając się gałęzi, upadła nam pod nogi. Tylko tymi żałosnymi ślepkami na nas patrzyła i jakby wypominała nam krzywdę. Zdechła zaraz i małe zabraliśmy do chałupy. Była u nas ze trzy lata, aż ją kiedyś dziewucha przycisnęła drzwiami i zdechła... Tak po tym zastrzeleniu starej małpy, przysiągłem sobie nigdy już do małp nie strzelać, bo to tak jest, jakby się do człowieka strzelało...
Mimo, że wydawały mi się te historie trochę nieprawdopodobne, w głosie Bełcika brzmiała nuta prawdy, a zresztą opowiadania te nie były pozbawione swoistego uroku. Zrobiło się już późno, szwagier Sawczukćw i jeden z kolonistów zostali przy ogniu, inni ułożyli się rzędem pod szałasem.
Między dźwięcznie rozbrzmiewające poszczekiwania żab wdarło się przenikliwe dzwonienie cykady, powiew od rzeki niósł te głosy urzekająco i sennie. Jednak leżąc na wznak pod tym pachnącym schnącą zielenią dachem, nie byłem skłonny do marzeń. Raczej zastanawiałem się nad brakiem moskitów w ciągu całej podróży, a zwłaszcza tutaj, w bliskości wody, spodziewałem się ich specjalnie. Nie ma. Plagi tego kraju omijają mnie wyraźnie. Także słyszałem że w kiszkach mieszkańca lasu czy też podróżnika, roją się najrozmaitsze pasożyty. Mój żołądek zdawał się przechodzić najświetniejszy okres zdrowia. Zarówno umysł mój, jak i organizm reagują inaczej na Brazylię. Pełen zawodu, zasypiam owiany ciepłym zaduchem ciał moich towarzyszy.
Wczesnym rankiem szybko załatwiliśmy się z objuczeniem burów, osiodłaniem koni i śniadaniem, po czym od razu wjechaliśmy w okolicę poznaczoną śladami bytowania człowieka. Krótko przejeżdżaliśmy drogą w puszczy, zaraz wyłonił się faxinal i po niedługim czasie miejsce jego zajęły spalone tereny ros między rzadkimi krzewami. Ziemia była silnie czerwona, dość gęsto spotykało się wątłe palmy. Północ Parany zaznaczyła się od razu dość osobliwymi z wyglądu, sadzonkami kawy. Te rzadkie dołeczki z wątłą rośliną w środku, nakryte drewienkami na krzyż, wymagały zachodu i pieczołowitości od człowieka. Gdzieniegdzie widać było małe, ale schludne chatki kolonistów japońskich, budowane z gładkich i dość cienkich pni palm, czyli palmitów. Wpływ kultury północy Parany w porównaniu z południem, zaznaczał się przede wszystkim bogactwem i barwnością tego kraju. Na każdym kroku uwidaczniał się jasny, wesoły egzotyzm. Gładko ubita droga poznaczona była słupkami kilometrowymi, w słonecznej dali widać było brunatne chatki pośród zwęglonych, oddzielonych żywą zielenią pól. Te czarne i zwęglone, pozornie martwe obszary, zamiast odpychać swym posępnym wyglądem, podkreślały raczej twórczą pracowitość rąk ludzkich, co przesłaniało przykre wrażenie barbarzyńskiej gospodarki.
W pewnym miejscu napotkaliśmy znów pożar krzaków. Żar słońca zlewał się z ogniem ziemi i buchał gorącym wichrem w naszą stronę. Głośne trzaski pękającej w ogniu takuary, wściekle skłębione pośród dymu płomienie, cała ta oszalała zagłada soczystej roślinności, zdawała się rwać w bezsilnej wściekłości, że nie może pójść dalej, że spryt człowieczy umiejscowił ten żywioł w wyznaczonych granicach. Przygotowanie do palenia rosy odbywa się w ten sposób, że w oznaczonym miejscu podcina się fojsą krzaki tuż przy ziemi, po czym przeznaczony do spalenia teren oddziela się od reszty wycięciem określonej granicy z krzaków, tak że ogień nie ma dalej dostępu.
Przejechaliśmy mimo tego małego piekła i zaraz z rozmaitych refleksji wyrwała mnie informacja Grzeszczeszyna:
— Panie, mamy do Nova Danzig tylko czternaście kilometrów!
— Nie czternaście, ale trzy! Po czym to pan sobie tak wspaniale obliczył?