— Jak to! Przecież słupy wskazują!

— Uspokój się pan! Słupy wskazują odwrotny kierunek do fazendy Whitakera, biegną od Nova Danzig, nie widział pan widocznie tablicy... Dlaczego mi pan ciągle zawraca głowę swoimi mylnymi informacjami!? Trzeba wpierw sprawdzić! Ciągle się pan wykretynia, psiakrew!

— O, proszę pana... proszę pana! Niech pan się tylko nie zapomina. Gdzie pan się właściwie chował?

Na to słuszne pytanie nie zdążyłem mu odpowiedzieć, bo na zakręcie ukazał się ciężarowy samochód i cała tropa rozstrzeliła się w panice po obu stronach drogi. Samochód minął nas ciągnąc za sobą czerwony welon kurzu, i kiedy kurz opadł, zobaczyliśmy w oddali całą naszą tropę pędzącą w popłochu, niby stado dzikich mustangów na stepach prerii. Chłopi pognali w stronę uciekinierów, a ja stałem na drodze, rozmyślając, jakim to instynktem zwierzęta uniknęły kalectwa. Widziałem, że rozbiegły się po obu stronach drogi, w miejscu, gdzie akurat były sadzonki kawowe, wobec czego powinny sobie połamać nogi w dołkach, które były pokryte drewienkami. Ślady kopyt było widać, ale między dołkami. Zostałem na drodze sam na sam z Grzeszczeszynem, który odjechał kilka metrów, zsiadł z konia i usiadł pod palmą. Wyciągnął rewolwer, położył go na kolanach i pytająco patrząc na mnie, znieruchomiał ze skrzyżowanymi rękami.

Droga była zupełnie pusta. Zsiadłem również z konia i właśnie miałem zamiar pójść trochę naprzód, kiedy Grzeszczeszyn zawołał:

— Panie, niech pan się do mnie nie zbliża, bo ja widzę, że pan ma jakieś złe zamiary co do mnie!

Nic nie mówiąc, przeprowadziłem konia obok niego i usiadłem o jakieś kilkanaście metrów od tej zmory. W tej idiotycznej sytuacji przesiedziałem z godzinę. Wreszcie pojawili się chłopi, pędząc tropę i zaraz przyłączyłem się do nich.

Po półgodzinnej jeździe wjechaliśmy między świeżo pobudowane domki, do schludnej, niemieckiej kolonii Nova Danzig. Tutaj zatrzymaliśmy się przed wendą i kiedy wszedłem do środka i usiadłem przy ladzie, pomyślałem z bezmierną ulgą, że to już jakby właściwie koniec tej groteskowej podróży. Pijąc piwo, patrzyłem na to, co się działo przed wendą. Młody, o pokaźnych kształtach Niemiec w białym ubraniu, w panamie i w sztylpach, przyglądał się ze znawstwem koniom, kręcąc trzcinkę w palcach. Sawczukowie demonstrowali mu konie, jeżdżąc po małym placyku. Po chwili obok Niemca przystanęło jeszcze kilku kupców i rozpoczął się handel, zaglądanie koniom w zęby, jazda na nich. Bury z kalgierami drzemały ze zwieszonymi łbami przy płocie, podkreślając upalny charakter ospałości tego południa. Koło wendy przejechały dwie blondynki na koniach, w angielskich siodłach i w korkowych hełmach, w butach z cholewami i sportowych koszulach z krótkimi rękawami. Te dwie białe amazonki obudziły niejako moje poczucie przynależności do europejskości i zaraz począłem rozmawiać z czysto ubraną Niemką zza lady. Krótko poinformowała mnie, że stąd do Londriny jest szesnaście kilometrów i że niedługo powinien jechać w tamtą stronę samochód. Nova Danzig jest młodą kolonią niemiecką, ma zaledwie dwa lata. Z uznaniem pokiwała głową, kiedy jej powiedziałem, jaką drogą przyjechałem tutaj. Z pewną satysfakcją przyjąłem, że nie pytała dlaczego nie przyjechałem koleją, tylko tłukłem się przez dżunglę. Zimne piwo w to upalne południe nieco mnie rozmarzyło. A więc wystarczy tylko wsiąść w samochód i za pół godziny będę w Londrinie! Cudne!

Tymczasem Sawczukowie sprzedali kilka koni i razem z Niemcem weszli do wendy i od razu zaczęły krążyć kolejki z kaszasą. Przepiłem kilka razy, po czym Bełcik zaproponował mi, abym pojechał z nim i jeszcze z kilkoma do ich działek, odległych o dwa kilometry. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Okazało się, że na działce Bełcika gospodarowali już dwaj jego synowie i że stary przyjechał tu, aby dokupić jeszcze więcej ziemi. Prymitywność szałasu, porozwalane garnki i popielisko wskazywały na niełatwe życie młodych ludzi i brak kobiecej ręki. Byli to dwaj ogorzali mężczyźni, wymordowani karczowaniem puszczy, ale weseli. Popiliśmy trochę szimaronu, po czym życząc sobie nawzajem wiele dobrego pożegnałem się z nimi z gorącym poklepaniem po plecach. Jakby na zakończenie, w powrotnej drodze koń mi się spłoszył przed autem i tak gwałtownie poniósł mnie w krzaki, że omal nie spadłem. Z wendy na mój widok wybiegł Grzeszczeszyn i zawołał:

— Rany Boskie, gdzie pan się szwendasz? Przecież auto już czeka! Jejejej!