Osadziłem rozdygotanego konia i w gniewie huknąłem Grzeszczeszynowi, żeby sobie poszedł raz do diabła i nie zawracał mi głowy swoim natręctwem. Po krótkiej sprzeczce, Sawczukowie przyjęli dwadzieścia milreisów tytułem zwrotu kosztów podróży, po czym poleciłem ich opiece konia Dąbskiego i siodło. Napiliśmy się jeszcze piwa, obiecując sobie, że się jeszcze kiedyś spotkamy, po czym rozstaliśmy się wzruszeni, przyjaźnie i serdecznie uścisnąwszy sobie ręce. Wpakowałem worek do chuderlawego Forda, zająłem miejsce i czekałem na Grzeszczeszyna, któremu urwał się pasek od sztylpy i właśnie przy nim coś manipulował.
— Siadaj pan, bo pojadę sam! Sztylpę możesz pan sobie naprawić w czasie jazdy.
Powiedział coś: „A... aaa... racja!” i usiadł obok. Ruszyliśmy. Wychyliłem się i pomachałem kapeluszem stojącym przed wendą chłopom. Nawet to rozstanie było mi nieco przykre. Obok mnie siedział człowiek, z którym bardzo pragnąłem się rozstać, a jednak zamiast pożegnać się z nim i odjechać sam, siłą przyzwyczajenia zawołałem go do auta i oto znów byliśmy razem, a nawet bliżej siebie niż zwykle.
Auto szybko jechało po czerwonym pasie bitej drogi, między symetrycznymi rzędami kawowych drzewek. Ten schludny porządek po zatrzęsieniu puszczy sprawiał mi szczere zadowolenie. Po półgodzinnej jeździe wjechaliśmy między gęsto ciągnące się wzdłuż szerokich ulic, drewniane, niemalowane budynki i auto zatrzymało się przed czymś w rodzaju baraku z napisem: „Bar e hotel Tico-tico”. Nie rozglądałem się po Londrinie, tylko szybko poprosiłem tęgiej kobiety o pokój. Poprowadziła mnie ciemnym korytarzykiem, między ścianami z nieheblowanych desek i wskazała mi klitkę o zwisających na pordzewiałych zawiasach drzwiach, pełnych szpar i sęków. Wnętrze komórki w świeżo wybudowanym śpichrzu czy jakimś lamusie. Stało tu wąskie łóżko i kostropaty stolik. Żółtawe ściany pełne były zadzior i zamazanych zastygłą żywicą sęków. Zdjąłem ubranie, włożyłem piżamę, zabrałem mydło i ręcznik, po czym wyszedłem na korytarzyk, do drugiej takiej komórki z prysznicem. Po kąpieli położyłem się do łóżka i usnąłem z zamiarem obejrzenia Londriny wieczorem.
Obudziły mnie jakieś piski przez ścianę. U mnie było ciemno, ale w sąsiednim pokoju świeciło się światło i przeciekało do mnie przez szpary. Bez trudu odgadłem, że Grzeszczeszyn dobiera się do jakiejś dziewczyny. Po chwili usłyszałem skrzyp drzwi i kobiecy głos: „Niech pan lepiej obudzi kolegę i przyjdźcie razem na kolację!” Zaraz też usłyszałem pukanie do moich drzwi i głos Grzeszczeszyna:
— Wstajać, zupę dają!
Ubrałem się i poszedłem do jadalni. Zjedliśmy obaj kolację w niewyraźnym nastroju. Byłem w rozterce, bo nie wiedziałem, jak się po tym wszystkim ustosunkować do tego chłopca o tak niepewnym charakterze. Podczas jedzenia wywnętrzał mi się, że podoba mu się ta apetyczna pokojówka i że jeśli tej nocy nie odwiedzi go, to nie jest sobą. Dziewczyna właśnie stawiała potrawy na stole i kiedy jej się przyjrzałem, musiałem przyznać, że jest dość ładna i świeża. Nie dziwiłem się Grzeszczeszynowi. Po miesiącu celibatu, temat ten był bardzo na czasie. Na razie zachowywałem się wobec Grzeszczeszyna chłodno i dość grzecznie.
Wychodząc, zatrzymaliśmy się krótko w barze, przy kieliszku whisky. Tęga gospodyni tego lokalu, Niemka, poinformowała mnie uprzejmie, że nie tak dawno bawił w Londrinie książę Walii, który ponad wszystkie przyjęcia z szampanem przedkładał wieczory spędzone w jej barze. Dorzuciła mi jeszcze kilka pikantnych historyjek w związku z pobytem popularnego Anglika, po czym pożegnałem się uprzejmie i wyszliśmy przed bar.
Miasteczko żarzyło się mnóstwem odosobnionych świateł i w ciepłej miękkości wieczoru snuły się dźwięki muzyczne z szeroko otwartych, o jasnych wnętrzach, restauracji i sklepów z lodami. W smugach świateł majaczyły sylwetki spacerowiczów. Pogoda odpoczynku po pracowitym dniu zdawała się delikatnie unosić nad tym uroczym miasteczkiem. Przed nami widniał rozjaśniony bungalow, niby statek na rzece w pogodną noc. Brzmiało od niego muzyką i wewnątrz krążyły tańczące pary. Na tarasie snuły się sylwetki mężczyzn i kobiet i razem z muzyką dobrą aurą wionął ten dom. Szliśmy powoli po miękkiej, niebrukowanej ulicy. Wszędzie panowała atmosfera młodości tego miasta i charakterystycznego ożywienia świeżo przybyłych ludzi. Zajęliśmy stolik w lodziarni i znad porcji lodów obserwowaliśmy ruch tego lokalu. Wbiegło kilka Japonek w kimonach i z tłumioną pożądliwością poczęły lizać lody w małych rożkach z wafli. Postały chwilkę, jakby dla zachowania pozorów grzeczności, po czym wolno wyszły na ulicę. W ogóle na ulicy widziało się różnorodny tłum, przeważała jednak liczba Japończyków. Po godzinie znów wyszliśmy na ulicę. Ponieważ światło padało tylko z lokali, a więc od dołu — miasteczko było płytko oświetlone i domki majaczyły w łagodnych konturach. Słowa angielskie twardo brzmiały obok łagodnej japońszczyzny, czasem znów zarechotało przykre portugalskie zdanie i dysonansem otarło się o język niemiecki. Urok Londriny począł działać na mnie nieco oszałamiająco, więc odezwałem się do Grzeszczeszyna, że jeżeli ma ochotę gdzieś pójść, to niech się mną nie krępuje, bo ja idę do łóżka.
Rano zjadłem śniadanie sam, Grzeszczeszyna już nie było. Przy bufecie gospodyni wyjaśniła mi, jak się mam dostać do stacji kolejowej, skąd już prosto mógłbym pojechać do Kurytyby. Ze słów jej wynikało, że nie jest to takie proste. Należało jechać na przemian pociągiem i autobusem. Najbliższy autobus do miejscowości Jatahy odjeżdżał za godzinę. Zapłaciłem za nocleg, zapakowałem rzeczy do worka i wyszedłem na miasto. Urok wczorajszego wieczoru przemienił się w upalną ospałość. Przeważająca część ludności była na plantacjach. Patrząc na auta z tumanami czerwonego pyłu, na rzadkich i opieszale poruszających się przechodniów, odczułem przykrą nudę codzienności. Od strony wielkiego budynku kompanii szedł w moją stronę Grzeszczeszyn i już z oddali począł wołać, że bardzo mnie przeprasza, ale musi zostać, bo zameldował się w kompanii jako wydelegowany z konsulatu polskiego w Kurytybie i dziś jeszcze ma pojechać autem oglądać tereny.