— Przecież pan wcale nie jest wydelegowany przez konsulat.

— Aj, panie! To co? Muszę przecież obejrzeć te działki... od lat tkwię po uszy w kolonizacji, to mój żywioł!... Ta dziewczyna — ścierwo! — gdzieś mi wczoraj zwiała... Pożycz mi pan sto milów!

Byłem rad przecież, że zostaje, ale prawem samoudręki chciało mi się, aby jeszcze trochę pojeździł ze mną. Sto milów dałem mu z ochotą... było mi nawet na rękę, że w ten sposób mogę wynagrodzić jego groteskowe przewodnictwo w tej podróży.

— Bądź pan zdrów! Miewaj pan dobre sny, wszystko co było, to nie my!... Wspomnisz pan jeszcze nieraz Grzeszczeszyna i kiedyś jeszcze się pan dowiesz, że obejmował on swoją głową wszystko to, co w tej Brazylii wymaga objęcia. W konsulacie niech się pan upomni o sto milów... może chce pan kwit?... Zaraz panu w kasie wypłacą. Czołem! Muszę wracać do kompanii, bo tam już dyrektor czeka na mnie z autem!

Pokurczony, drobiąc nóżkami w iks, począł się ode mnie oddalać na znieruchomiałym w słońcu, zmartwiałym w upalnym uścisku, czerwonym tle miasteczka. Odchodził dominujący barwnik mego spojrzenia w tej podróży. Ale zawrócił jeszcze koślawym kroczkiem, przyłożył rękę do ust i krzyknął:

— Panie Łóniłowski... A niech pan tam wspomni w jakiej swojej książce o Grzeszczeszynie... Byle chwalebnie! Byle chwa — leb...

*

Wykupiłem bilet na stacji autobusowej i wcisnąłem się między różnokolorowy i ożywiony tłum pasażerów. Tłusta Murzynka obarczyła moje kolana połową ciężaru swojej wielkiej torby. Wóz nerwowo się poderwał i poniósł nas wesołą drogą w dół. Równe szeregi rosnących obok siebie niezależnie, w oddaleniu, drzewek kawowych umykały po obu stronach drogi nieruchomą siatką zieloności. Autobus zatrzymał się nad brzegiem rzeki, poczekał na prom, w końcu prom podjechał, przewiózł maszynę z rozgadanymi pasażerami na przeciwległy brzeg i wóz znów pomknął kawowym lasem. W miasteczku Jatahy siedziałem dwie godziny na stacji kolejowej, na peronie, czekając na pociąg. Jadłem banany, przesiąknięty nudną obcością wszystkiego, co się wokół mnie działo. Opieszałość brazylijskich łazików skłoniła mnie do rozmyślań o wczorajszym wieczorze w Londrinie, która poza urokiem rozwijającego się w szybkim tempie miasta, zwracała uwagę atmosferą poczynania się czegoś wielkiego, z zastosowaniem energii i pomysłowości europejskiej. Pociąg przywlókł się, zadzwonił jakoś bezsilnie i stanął. Kilka godzin jechałem krajem barwnym, między plantacjami ryżu, bawełny i kawy, z kolorowymi domkami i widoczną zamożnością. Nic ciekawego nie spotkało mnie w tej podróży, na postojach piłem kawę, w czasie jazdy paliłem w błogiej bezmyślności, nierad roztrząsać to, co było. Na stacji Cambara wynająłem prywatny samochód do spółki z wąsatym mulatem. Po godzinie jazdy ukazało się z daleka białawe, matowo drzemiące miasteczko Jacarezinho. Miało ono w sobie specyficzny charakter tropikalnej senności, ulice były prawie opustoszałe, domy tajemniczo pozamykane, drzemiące za zielonymi wenecjanami121. Auto stanęło przed domem z napisem „Hotel Paulista”. Rozczochrany i jakby zdziwiony moim przyjazdem chłopak, wyniósł mój worek do czegoś w rodzaju hallu, po czym powiadomił mnie, że patron zaraz się zjawi. Oparłem się o stół opięty zielonym suknem i wsłuchałem się w stężałą ciszę tego domu. Na progu stanął człowiek z miną, jakby poczynił jakiś doniosły wynalazek. Był tęgi, wysoki i szpakowaty, z rozpiętą kamizelką na jadowicie czerwonej koszuli. Teatralnym gestem dłoni wskazał mi samobójczy pokoik z wąskim przejściem koło łóżka, po czym oddalił się cichutko, jakby bojąc się kogoś obudzić. Pobiegłem za nim na palcach i zasugerowany jego zachowaniem, spytałem szeptem, kiedy odchodzi pociąg do Kurytyby?

— Prawdopodobnie nigdy, caro amigo122... nigdy!

— Dlaczego pan żartuje... przecież pytam wyraźnie... Pociąg... kiedy odjeżdża pociąg?