— Nigdy, a może kiedyś! W całym stanie Sao Paulo jest strajk... W Brazylii dawno już nie było rewolucji... Przyjechał pan ostatnim pociągiem z Jatahy do Cambara. Si, senhor123!

Ociekał lenistwem, ale zdawał się być nieco poruszony na wesoło moim przerażeniem. Wsadził palce w kieszenie kamizelki, unosił się na palcach i przyglądał mi się z sympatycznie ironiczną miną.

Wytarłem chusteczką spoconą z wrażenia twarz i, jak po wielkim bólu, przeszedłem do pokoju z przyłożoną chusteczką do czoła. Przede wszystkim położyłem się na łóżku i już wkrótce opanowała mnie całkowita rezygnacja. To nic, że mam przy sobie tylko osiemdziesiąt milów! I to także głupstwo, że miasteczko wydało mi się specjalnie obce. Ha, trudno! Rewolucja obejmie cały kraj, potrwa z rok. Ożenię się tutaj, zapomnę o Ojczyźnie... Będę Brazylijczykiem. Koniec!

Pod wieczór odezwało się we mnie nieco energii. Należało o wszystko dokładnie rozpytać. W hallu paliła się lampa, z jadalni dochodziły brzęki talerzy, nakrywano do kolacji. Przed hotelem siedziało kilkanaście osób na chodniku, w krzesłach rozmawiali o strajku. Szybko się zorientowałem, że byli to przeważnie zatrzymani strajkiem komiwojażerowie. Rozmowa ich była beznadziejna. Nic... będzie coraz gorzej. Począłem dawać znaki ręką stojącemu pośrodku mężczyźnie w rozpiętej kamizelce, ale ten spojrzał na mnie ostro, pogroził... tak, wyraźnie pogroził... palcem, i dalej szybko wykładał swój pogląd na tę sprawę. Przysiadłem cicho na schodku i zapatrzyłem się na placyk, wokół którego, przed domami siedzieli zamyśleni mężczyźni w piżamach. W mojej gromadce nieco przycichło i wtedy szpakowaty krzyknął do mnie z odległości:

— Słucham cię, cabalerro!

— Czy poczta i telegraf także są objęte strajkiem?

— A jakże... czemużby nie!

— A czy nie dałoby się wynająć jakiegoś prywatnego auta, które by mnie zawiozło do Kurytyby?

— He... Wszyscy, co tu siedzą, już przestali o to pytać... A to bogaci ludzie! Lata będą mieszkać u Giuseppe Ferronato... wzbogacą go i pozostaną jego przyjaciółmi do końca dni swoich! Nieprawdaż, amigos?

— Ach, senhor Ferronato, niech was Bóg zachowa dla nas jak najdłużej w przyjaźni, tylko niechaj wpierw dozwoli nam pozałatwiać nasze interesy — wtrącił ktoś z gości.