Giuseppe Ferronato przestał się widać bawić rozmową, bo nagle spoważniał i wszedł do środka. Poszedłem za nim i gdzieś w kącie wyjaśniłem mu swoją sytuację. Nachylił mi się do ucha i szepnął:
— Odeśle mi pan, co?
— Być może, że mi wystarczy... strajk może się lada dzień skończyć... ale jeśli mi nie wystarczy, to zaraz po przyjeździe do Kurytyby odeślę panu.
— Tak, tak... niech pan odeśle!
Jasne jest, że pojął moją sytuację i nie chciało mu się o tym mówić. Poszedł do jadalni.
Kolacja składała się z wielu dań. Kiedy po zupie, zimnej przekąsce i rybie, Ferronato podszedł do mnie z półmiskiem makaronu, powiedziałem mu, że mam dość. Wtedy wyprostował się, uniósł półmisek do góry i powiedział do wszystkich:
— Senhores! On ma dość! On nie chce jeść znakomitego makaronu z kuchni Giuseppe Ferronato! Co wy na to powiecie?
Goście przy stolikach zaczęli się śmiać i ktoś się odezwał:
— I ja też nie będę jadł makaronu... drogi Ferronato... za dobrze nas karmicie!
Giuseppe odszedł ode mnie, mrucząc: