— Niesłychane, niesłychane!
I tak zaczęły się wlec upalne, pełne przymusowego lenistwa, spania i obżarstwa dni mego pobytu w hotelu Giuseppe Ferronato w Jacarezinho. Po nocach źle sypiałem, cięty niemiłosiernie przez moskity. Ranki spędzałem w hallu na pisaniu wspomnień z podróży. Często, kiedy siedziałem zamyślony nad papierem, stawał cichutko w progu Ferronato, przytykał palce do czoła i z krzykiem doskakiwał do mnie. Straszył mnie, a potem się śmiał. Po obiedzie, od dwunastej do piątej, upał powalał mnie na łóżko. Skoro się nieco ochładzało, piłem kawę i wychodziłem przed hotel. Wdawałem się w długie gawędy z moim żartobliwym przyjacielem. Był Włochem i kochał Garibaldiego. Miał mi za złe, że nie znałem Włoch. Ucieszył się bardzo, kiedy mu powiedziałem, że czytałem Carducciego124 w tłumaczeniu na język polski. Nie był głupi i straszliwie się nudził. Czasem znów siedzieliśmy obok siebie godzinami w milczeniu. Na chodniku mijała nas dziewczyna. Ferronato otrząsnął się z drzemki i mówił do dziewczyny, na przykład:
— He, mała! Zatrzymaj się... skąd masz takie śliczne piersi?
Albo:
— Odwróć się... pokaż oczy... Acha! Już wiem, dokąd idziesz... Pozwól się chłopcu pocałować... unikniesz dziecka!
Giuseppe Feronato lekceważył Brazylijczyków, a ci starali mu się przypodobać. Kpił ze swoich gości na głos. Zauważyłem, że dziewczęta omijają go, kiedy siedzi na krześle przed swym hotelem. Opowiedział mi wszystkie plotki z całego Jacarezinho. Nie wychodząc prawie z hotelu wiedziałem, jak się któryś z przechodniów nazywa i czym się specjalnie wyróżnia. Giuseppe Ferronato opowiedział mi o bogatym Polaku, właścicielu połowy ulicy domów w Jacarezinho oraz czterdziestu tysięcy drzewek kawowych, niejakim Estanislau Cretti, ale odradził mi go odwiedzić, bo ten człowiek głośno wstydzi się swego pochodzenia i kiedyś Giuseppe Ferronato zwymyślał go za to na jakimś zebraniu kupców. Powinienem był wprawdzie pójść i sprawdzić, ale wierzyłem poczciwemu Włochowi i nie poszedłem. Nie poszedłem także do dwu rodzin żydowskich z Polski, właścicieli sklepów galanteryjnych. Kiedyś Giuseppe Ferronato zaczepił jakąś dziewczynę i przedstawił mnie jej, tłumacząc, że jestem świeżo z Polski. Podała mi rękę z wyraźną niechęcią i próbowała mówić po portugalsku. Odszedłem od niej. Wszelka myśl przejmowała mnie niechęcią. Byłem apatyczny i wyczerpany nerwowo, a właściwie to niemal chory z nudów. Wieczorami próbowałem chodzić po mieście, ale denerwowały mnie rozchichotane dziewczęta i mężczyźni w piżamach. W dzień miasto było tak ospałe, że aż przejmowało męką. Często w białej i upalnej ciszy piały koguty. Były to straszne dni.
Po dziesięciu dniach, wczesnym rankiem chłopiec hotelowy począł dobijać się do mego pokoju, a kiedy mu otworzyłem drzwi, powiadomił mnie, że za dwie godziny odchodzi pociąg do Kurytyby. Z radości musiałem się położyć na chwilę.
Wyjechałem jako dłużnik kochanego pana Giuseppe Ferronato w sumie stu milreisów. Wczesnym rankiem następnego dnia wysłałem mu te pieniądze telegraficznie z zapewnieniem długotrwałej pamięci. Po południu spotkałem się z konsulem polskim w Kurytybie. Powiedział mi na wstępie:
— Przed czterema dniami wyjechał stąd ksiądz Kiełta z Hervalzinho. Przyjechał specjalnie w związku z pańskim pobytem w interiorze. Podobno nawyprawiał pan tam niesłychanych historii?...