Koło szóstej z rana budzę się, siadam i patrzę na przeciwległe łóżko. Śpi tam Grzeszczeszyn, w ogóle ma cechy sera francuskiego, jakiegoś camembert albo brie. Znów zasypiam i budzę się o siódmej. Łóżko Grzeszczeszyna próżne, nie ma go. Ubieram się, schodzę na dół. Gospodyni mówi, że ksiądz poszedł do kościoła razem z Grzeszczeszynem. Pogoda jest jakaś wiotka, bez wyrazu. Ciepło, ale bez słońca, wiatr gna postrzępione chmury. Całe Prudentopolis mam przed sobą. Rzadkie domy, łączki między nimi. Na dachach sterczą nieruchomo corvy. Ludzi nie widać zupełnie, trochę kur i kilka czarnych świń. Miasteczko nieładne, ale przyjemne. Spokój. Do kościoła jest blisko. Włażę do wnętrza, staję w kącie i rozglądam się. Ksiądz odprawia mszę, twarz ma jakby narysowaną na murze, czasem złoży ręce, wzniesie je. Pracuje dość szybko. Może ze dwadzieścia osób siedzi w ławkach, są to jacyś kabokle, większość kobiet. Przypatrują się badawczo księdzu, śledzą w milczeniu każdy jego ruch. Domyślam się, że jest to rodzina zmarłego, za którego odprawia się mszę, albo też ci ludzie zakupili mszę na deszcz, może w ich okolicy od dawna nie było deszczu. Grzeszczeszyn też siedzi między nimi. Nikt mu nie umarł, nie potrzebuje deszczu, przyszedł z księdzem i czeka pewnie aż skończy. Co do tych mszy deszczowych, opowiadano mi kiedyś, że w pewnej miejscowości kilku kabokli złożyło się i dali na mszę deszczową. Ale deszcz spadł wcześniej, przed mszą, więc poszli odbierać pieniądze i w rezultacie obili księdza, bo im nie chciał oddać. Klął ich potem z ambony. Nie jest więc tak świetny los sługi Bożego w Brazylii.

Wyszedłem na palcach z kościoła, stanąłem sobie na gołym placyku w środku miasteczka i rozglądałem się po świecie. Wokół bezbrzeżnie smutne piniory, wysokopienne, z kręgiem wyciągniętych błagalnie ku niebu gałęzi u samego czuba. W wietrznej szarości, na widnokręgu w jednym miejscu, samotny pinior tworzył wielką i równą literę T. Łażąc po tym placyku poczułem się nagle ogromnie sieroco i samotnie. Opadła mnie przy tym wściekła tęsknota, porównałem martwotę brazylijską z pełnym dziwnego czaru smętkiem naszych pól i lasów nawet w takie niepogodne dni. Obliczyłem, że teraz jest tutaj ósma, więc w Polsce dwunasta. Co się tam dzieje? Zaczęły mnie gnębić różne przypomnienia, więc polazłem na plebanię, pomówiłem trochę z gospodynią, palcami zatrzepotałem przed dwiema oswojonymi papugami, pies milczkiem i z tyłu uszczypnął zębami cholewę mego buta, dość długo w związku z tym mówiłem z gospodynią, potem tamci dwaj przyszli z kościoła, wypiliśmy kawę, zaraz poszedłem na górę i zwaliłem się na łóżko, pełen wstrętu do wszystkiego, co mnie otaczało.

Słyszę jak na dole Grzeszczeszyn wałkuje z księdzem sprawę dalszej jazdy. Od czasu do czasu zajadle społecznikują i co chwila Grzeszczeszyn swoje: „Bo jeszcze złapie nas tu deszcz i będziemy ciężarem dla księdza”. Z dziesięć razy to powtórzył. W końcu obaj gdzieś wyszli, potem wrócili, znów mówili o pólkach doświadczalnych, o spadku cen na herwę...

Zawołali mnie na obiad. Dalej zawiezie nasz kolonista, Polak, niejaki Jonczyn. Do obiadu dostajemy pomarańczowe wino, wypijam od razu cały kieliszek, robi mi się jaśniej na duszy. Po jadle łazi mnóstwo much, ksiądz łapie je dłonią, robi to z wprawą i mówi: „A, co za paskudny robak!”. Te muchy są zupełnie takie same jak nasze, te domowe nieznośne takie. Przyszedł Jonczyn — przygarbione chucherko z jasnymi wąsiskami, w słomianym kapeluszu. Pocałował dobrodzieja w rękę i powiedział, że chyba nie da rady nas zawieźć, bo ma kobietę i chłopaka ze sobą, a wóz mały. Ksiądz go chwyta za ramiona, prosi i nakazuje nas zabrać, więc Jonczyn godzi się ostatecznie, idzie po wóz i po kilku minutach podjeżdża po nas. Żegnamy się, siedzimy już na wozie, ksiądz grozi mi palcem i mówi:

— Literato... Pisarzu!... A nie opiszcież mnie ta gdzieś... Juści... juści rad bym nie był.

A, wio! Jedziemy. Żona Jonczyna ubrana jest obficie, kolorowo. Typowa chłopka z Lubelskiego. Między ojcem a matką siedzi dwunastoletni chłopak i przytrzymuje na głowie obiema rękami nowy kapelusz. Próbuję pomówić z nim trochę, ale on nie ma chęci do rozmowy. Wóz też rzeczywiście mały, ale dwa konie, co nas ciągną, są silne i wypasione. Grzeszczeszyn jest teraz rubaszny, wypytuje Jonczyna łaskawym tonem:

— A ileż to alkrów ziemi macie, hę? No i co... dobrze, wszystko dobrze idzie, co? A chłopak do szkoły chodzi? Masz tu cukierka, nie bój się, jam w strachu. Cóż matko, dużo jeszcze macie dzieci? Co, dziewczęta... Hiho! Cztery. Ładne pewnie... no no, zajdziem do was na szimaron, to zobaczem. O, moi drodzy, zatrzymajcie się przed tą wendą, to sobie kupimy trochę rozmownej wody, hejże!

Zeszliśmy do wendy. Grzeszczeszyn kupił butelkę kaszasy, pogadaliśmy trochę z wendziarzem, Polakiem. Prosił nas, abyśmy pozdrowili jego matkę, bo będziemy pewnie przejeżdżali przez Baradarei, ona ma tam też wendę, więc i tak będziemy musieli zajść. Mimo że w karosie można było leżeć i w ogóle było przestronniej, wolę jednak ten wesoły, turkotliwy wózek. Jakoś lepiej odczuwa się świat niż w tamtej dusznej budzie. Wita nas teraz weselszy pejzaż, żywsza zieleń. Z wolna wjeżdżamy w kraj górzysty. W dali czernieje martwa puszcza, nierówna, wyniesiona wzgórzami i opadła dolinami, rozfalowana gęstwa. Powietrze robi się chłodne i wilgotne, przenikliwe. Grzeszczeszyn z Jonczynem pociągają z butelki, gryzą kiełbasę i tak są zagadani, że kobieta co chwila szarpie lejce w rękach męża. Siedzę zgarbiony, leniwie zagaduję chłopaka, ale on rzadko odpowiada, czasem się uśmiecha głupawo. Przejeżdżamy przez miasteczko Serra de Esperanęa, kilku kabokli gapi się na nas bezmyślnie, zaraz za miasteczkiem wyłania się łańcuch gór Serra de Esperanęa — mroczne i dalekie. Teraz, po obu stronach drogi spotykamy co paręset metrów zagrody kolonistów-Polaków. Jonczyn wskazuje, do kogo jaka gospodarka należy, jak się nazywa kolonista. Obszar, przez który przejeżdżamy, nazywa się Linha Parana. Spotykamy na drodze pojedynczych ludzi, mówimy im „dzień dobry”, odpowiadają nam po polsku, bez żadnego zdziwienia. Za drewnianymi ogrodzeniami tzw. portrery38, patrzą za nami ociężale rogate łby krów, konie i muły wyciągają do nas ciekawie szyje. Jest w tym wszystkim przyjemna atmosfera spokojnego dostatku, czegoś bardzo czystego i bez blagi.

Późną nocą wjechaliśmy do zagrody Jonczynów. Z budynku ziejącego ruchomymi poblaskami wyskoczyły do nas dzieci Jonczynów, ale zaraz cofnęły się, przestraszone naszym widokiem, tylko dwóch chłopów zostało wyprzęgać konie. Budynek ze światłem to była kuchnia. Zaprowadzono nas tam. Na glinianem podwyższeniu paliło się duże ognisko pośrodku izby. Dym i tłuste kłęby kopciu waliły pod osmaloną, czarną i błyszczącą powałę, uchodziły przez kwadratowy otwór na dwór. Pod ścianami stały długie ławy, siedziały na nich z rękami na podołkach cztery dziewczyny, staruszka i mały, rozespany chłopczyk. Podaliśmy wszystkim po kolei ręce, potem usiedliśmy w kącie i długą chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Jonczyn przyniósł węzełek, dzieci zgrupowały się wokół niego i wśród głuchych, hamowanych pokrzyków wyciągano różne prezenty. Tylko staruszka siedziała cicho wpatrzona w ogień. Cała izba zdawała się drgać od blasków z ognia. Na uklepaną podłogę z gliny wysunął się paskudny, rudy kot z obciętym ogonem i jął bojaźliwie węszyć. Z dworu, przez próg, zaglądało kilka bardzo chudych psów z podtulonymi ogonami. Po jakim kwadransie może przypomniano sobie o nas, Jonczyn podał mi kuję z szimaronem, wszyscy, oprócz Jonczynowej, porozsiadali się po ławkach, ona tylko krzątała się koło kolacji. Milczenie przerwał Grzeszczeszyn, zagadnął najmłodszą dziewczynkę o jej imię. Odpowiedziała mu, że się nazywa Franciszka. „Aha, Szikinja”39? No to masz tu trochę cukierków. Tylko podziel się ze wszystkimi”. Dziewczynka poczęła dzielić cukierki, rodzeństwo poszturchiwało ją i kpiło. Wszyscy czuliśmy się sztucznie, przypływy dymu gryzły w oczy, nie było o czym mówić, byliśmy pomęczeni. Staruszka coś tam sobie osobno uwarzyła przy ogniu, z półeczki w kącie wzięła łyżkę i jadła samotnie, powoli. Trzy duże, dorosłe dziewczyny w przyciasnych sukienkach ssały cukierki, czasem coś szeptały sobie, chichocąc. Jonczyn coraz śmielej zaczął nas wypytywać dokąd i po co jedziemy. Żywo rozprawiał z nim Grzeszczeszyn, zaczepiał dziewczęta, był niepożyty. Staruszka umyła swoje naczynia i powiedziała:

— A tam w Polsce to ponoć zliwa40 była okropna... Boże, Boże... siła narodu się namarnowalo? Ponoć cmentarze zmyło, groby spłukało, że aż umarłe prądy niosły, i truchły i wszelki sprzęt mogilny... Ot, i kara spadła na tamtych nieszczęśników... Boże mój, Boże!