Skuliła się żałośnie i, pijąc szimaron, tkwiła posępnie i nieruchomo w czerwieni buzującego ognia. Grzeszczeszyn coś niecoś jeszcze jej dopowiedział, podniósł grozę nieszczęścia. Jonczyn powiedział, że jeździli po koloniach i składki zbierali na powodzian. Mówili jeszcze długo o tym, aż Jonczynowa zawołała nas do drugiej chałupy, na kolację. W czystej, obszernej izbie, pełnej obrazków świętych na ścianach, z wysoko posłanymi, brzuchatymi łóżkami, podała nam smażoną kiełbasę, gotowany fiżon, chleb razowy i butelkę z wódką. Jedliśmy we trzech z Jonczynem. Później zaprowadzono nas do osobnego pokoju, gdzie na podłodze przygotowano nam posłanie ze słomy nakrytej prześcieradłami. Wyciągnąłem się jak najdalej od Grzeszczeszyna. Czuć go było grzybem jakimś czy koprem.

Koło szóstej rano wstałem i wyszedłem na dwór. Mgły się powłóczyły tu i ówdzie, powietrze było parne, piały koguty, ranek był cichy i smutny jak w Polsce na wsi w niepogodne dni. W kuchni u Jonczynów palił się już ogień, po kątach włóczyły się rozespane dziewczęta, staruszka siedziała na swoim miejscu i ssała szimaron. Usiadłem pod ścianą, przez drzwi widziałem Jonczyna, jak z zadartą głową łaził po podwórzu, wypatrywał pogody. Przystąpił do niego Grzeszczeszyn, coś tam mówili, obaj mali, pokraczni, pokazywali sobie coś na niebie, choć tam nic nie było, sama zamglona siność. Zacząłem rozmawiać ze staruszką. Zapytałem ją, jak dawno jest w Brazylii. Mówiła wolno, jękliwie:

— Oj, dawno, panie, dawno. Ze cztyrdziści chyba roków nazad. Z Galicjiśmy przyjechali. A i kiepsko tu było z początku, oj jak marnie. Ni wody dobrej, gadów przeróżnych kupa, sama gorączka ogromna i choróbska. Sześcioro nas było: zięć z córką, ja ze swym mężem nieboszczykiem i jeszcze dwie córki. Tośmy zaczęli się parać z borem, jej, toż to marne życie było. Postawiły chłopy barak, trzebiły las, ogniem go pleniły. Jadło było byle jakie, miljeśmy41 w stępach tłukły, fiżonu trochę się nagotowało i tak się to ćpało bez okrasy żadnej, bo i zwierza jakiego ubić nie było czym, a jak i się co uchyciło, to człowiek nie jadł, bo się bał że jaka strutka. A było nas może ze sześć familii, tośmy ta między sobą się wspomagali, bo z kaboklami nijak się dogadać nie było można. A jakieśmy posiali pierwsze żyto, to i nawet pięknie wyrosło, tylko ptaszki ogromnie piły ziarno i mało co się zebrało. A potem jakoś lepiej poszło, wytrokowaliśmy42 się z kaboklami na świnie, krowinę się jakąś sprawiło. Dziewczyny poszły za mąż, pobudowali się dalej, mój chłop umarł, a zięć zaczął się dorabiać i ma teraz niezgorszą gospodarkę. Ja sobie ta dokańczam dni swoich, a źle było z początku, oj źle panie...

Weszli Grzeszczeszyn z Jonczynem, Grzeszczeszyn przymówit się o szimaron. Kto wypił, podawał kuję następnemu, długi czas siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie Jonczynowa podała nam czarną kawę, racuchy i jajecznicę. Jedząc, Jonczyn co chwila wypatrywał na niebo i postękiwał: „Oj, ciężka będzie droga, na deszcz się zbiera, chyba nie dam rady”. Ale w godzinę może mgły pierzchły, pojaśniało na świecie i Jonczyn zaczął zaprzęgać konie. Powynosiliśmy na dwór co było do siedzenia, usadowiliśmy całą rodzinę Jonczynów i porobiliśmy zdjęcia fotograficzne. Obiecaliśmy te zdjęcia im przysłać, Grzeszczeszyn oddał resztę cukierków dzieciom, usadowiliśmy się na wozie, wszyscy wylegli nas żegnać, długo machali do nas rękami, dopiero na jakimś zakręcie straciliśmy tę poczciwą grupę z oczu.

Ciągle mijaliśmy pojedyncze gospodarki polskich kolonistów. Droga smużyła się czerwonym pasmem, kręto, z góry na dół. Po raz pierwszy w ciągu całej tej podróży Grzeszczeszyn zagadnął mnie dość ciepło, jak mi się to wszystko podoba, czy te polskie gospodarstwa nie budzą we mnie pewnego wzruszenia, kiedy się weźmie pod uwagę, ile same tylko ręce miały tu do pokonania, ile na to trzeba było cierpliwości i uporu, aby stworzyć to wszystko. Odpowiedziałem mu, że budzi to we mnie wzruszenie i podziw. Byłem zdziwiony jego rozumnym i ludzkim ujęciem tej sprawy. Zaczął mi opowiadać historię poszczególnych rodzin, był zajmujący. Otaczały nas te same zarośla co i poprzednio, na ten temat nic się nie zmieniło. Dzień był jasny, ale bez słońca, w oddali ciągle czerniło się pasmo wzgórz. Po dwóch godzinach jazdy zatrzymaliśmy się przed jakąś chałupą, wyszła do nas młoda, roześmiana kolonistka i Jonczyn zapytał się jej o księdza Urszulika. Wskazała nam maleńki kościołek oddalony o jakie dwieście metrów. „Jest chyba w kaplicy” — powiedziała. Poszliśmy tam i pod rusztowaniem z małym dzwonem zastaliśmy księdza. Siedział na belce, gryzł trawkę i rozmawiał z dwoma chłopakami.

Na nasz widok wstał. Był niski, trochę garbaty, w wypłowiałej sutannie i wielkim, czarnym kapeluszu. Miał ładną, trochę chłopięcą, smagłą i roześmianą twarz.

— No, nie nudźcie mnie teraz, smyki — zawołał do chłopców. — Mamy gości.

Podszedł do nas i szerokim ruchem podał nam rękę. Grzeszczeszyna, który mu coś zakomunikował od księdza z Prudentopolis, znał już dawno. Skoro się tylko dowiedział, że świeżo przyjechałem z Polski, zaraz zaczął mnie wypytywać o sprawy muzyczne. Muzyka to właściwie jego zawód, zanim został księdzem. Powiedziałem mu wszystko, co wiedziałem na ten temat. Bardzo był ciekaw, co w ostatnich czasach napisał Szymanowski, a co się dzieje z takim młodym muzykiem Perkowskim43? Nad czym pracuje Maklakiewicz44?

— Żeby tylko tang nie pisał, bo to taki zdolny kompozytor, a tanga — panie — tanga to zabójstwo! To śmierć!

Z zadartą głową patrzył mi w twarz, ciągle uśmiechnięty, bardzo zainteresowany tym, co mówię. Z kolei zaczął mi mówić o chórze, jaki utworzył w Kurytybie. Szedł koło mnie bardzo wzruszony, pokazywał mi lepszą drogę, bo szliśmy przez zarośla: „O tędy, panie, tędy lepiej”. Składał ręce, wykrzykiwał co chwila tytuły utworów. Posmutniał, kiedy się dowiedział, że już musimy jechać dalej. Uścisnął mi dłoń obiema rękami: