— Schowaj pan broń wpierw, co jest z panem? — powiedział Radomiński.

Teraz dopiero Grzeszczeszyn zorientował się; wyglądał dziwnie w ubraniu khaki, w sztylpach i z tym rewolwerem. Jak jeden z tych, co to „pieszo” podróżują naokoło świata. Schował rewolwer ze słowami:

— Wy tu sobie żarty stroicie z wiwatami, a człowiek już jest gotów do roboty.

Radomiński też schował broń, splunął, zaciął konie, Grzeszczeszyn wskoczył w biegu na wóz, i, wkładając marynarkę, rzekł do mnie:

— Bo, uważa pan, tu u nas to nie ma żartów!

Umieszczał się wygodnie w słomie czy grochowinie z tyłu wozu, jak skunks albo inne zwierzątko; coś tam szemrał i pomrukiwał. Mieliśmy przed sobą przestrzeń rozfalowaną, górzystą, ziejącą ogromem i dalą. Mijaliśmy przepaście, następowały prostopadłe ściany gór, powietrze było świeże, jak gdyby trochę kwaskowate. Gdzieniegdzie w dolinie szarzała pośród zieleni zagroda kolonisty; było to maleńkie, z niteczkami ścieżek, wydeptane przez człowieka miejsce. Zresztą były to przeważnie polskie osiedla. Zaczęły się też coraz częściej pokazywać chałupy, w końcu już cała wieś jakby, z rzadkimi domostwami po obu stronach drogi.

Chłop, mijając nas, rzucił z fury pozdrowienie po polsku, widać poznał w nas rodaków. Grzeszczeszyn znów ocknął się i wreszcie polecił zatrzymać się przed jakąś szopą, z szybami posklejanymi papierem, słowem wietrznym jakimś i posępnym domostwem. Pół do ściany, pół do furtki przybity był napis po portugalsku, że jest to szkoła publiczna. Na turkot wozu wylazł z chałupy jakiś człowiek „leśny”, boso i ze zmierzwioną wiechą kudłów, w połatanych portkach na pasku i bardzo brudnej koszuli. Ukłonił się nisko i jakby z abnegacją. Grzeszczeszyn zaczął z nim rozmawiać, bijąc się patykiem po cholewie. Zlazłem i ja z wozu i we trzech weszliśmy do środka. W izbie stało kilka ławek z pulpitami i tablica z wyrysowaną kredą gębą i napisem: „tratatata”. Nędznie odziany człowiek przedstawił się nam jako nauczyciel i kierownik szkoły. Usiedliśmy w przyciasnych trochę ławkach. Grzeszczeszyn wyjął notatnik, plasnął nim energicznie o pulpit i począł wypytywać stojącego przed nami nauczyciela:

— Ile jest dzieci w szkole, dlaczego nie zamiecione i kiedy się odbywają lekcje?

Nauczyciel zaczął coś mówić, ale ja mu przerwałem; poprosiłem, żeby usiadł i możliwie grzecznie zapytałem, jak się nazywa i jak dawno tu jest? Usiadł w ławce z tyłu tak, że się trzeba było do niego wykręcić i odpowiedział, że się nazywa Kędzierski, że jest tu dwa lata, ale żyje trochę z tego co uprawia, bo dzieci jest tylko osiemnaście, z tego nie wszystkie przychodzą, także i nie wszyscy rodzice płacą tego mila od dziecka, że w ogóle szkoła jest jakby trochę zamknięta; dawniej to było lepiej, ale od czasu jak chłopi podzielili się na partie, a misjonarz Kiełta zaczął ich buntować, to się mało kto uczy i rzadko który dzieciak przyjdzie. Z Kurytyby żadnej zapomogi mu nie dają, chłopi gadają, że źle uczy, co prawda to i sam wiele nie umie, trochę tylko czytać i pisać. Chciałby pojechać na kursy nauczycielskie do Kurytyby trochę się poduczyć, ale faktycznie to i nawet butów nie posiada. Był taki jakiś zapiekły w swej nędzy, że nawet nie znać było skargi w tym, co mówił. Tak więc dzieci tutejsze uczyć to się nie uczą, bo rodzice ogromnie się żrą między sobą, w zeszłym tygodniu na zebraniu towarzystwa to się nawet postrzelali, a wszystko przez tego misjonarza Kiełtę, misjonarza, co jeździ na koniu i buntuje. Ano, chce, aby mu się ludzie opłacali za pogrzeby, śluby i chrzciny, a oni się wzbraniają.

— A i wy pewnie też z misjonarzem wojujecie? — wkrzyknął Grzeszczeszyn gniewnie.