— Wojować, to ja z nim nie wojuję, tylko wydaje mi się, że bardziej on na wendziarza się nadaje niż na księdza. Ogromnie lubi pieniądze. Baby za nim by w piekło poszły, bo przemawia do nich na gołym powietrzu, a ładny jest, blondynek, to i baby w bek, i dalej węzeł rozsupływać i ofiary to na to, a to na tamto. Do szkoły to tu nawet nie zaszedł, choć przejeżdżał nieraz. A wtedy chodziło dzieci ze czterdzieści. Ano chce jakąś tam inną szkołę po swojej myśli, przy kościele. Jak tam sobie kombinuje, to jego sprawa, tylko, że jako misjonarz nie powinien mieć w sobie takiej niekatolickiej złości i zajść chociaż, odwiedzić tę szkołę, jaka by ona nie była.

— Ano, dlategoż tak się wam i dzieje marnie, że z diabłem trzymacie! — rzucił Grzeszczeszyn na odchodnym.

Ponieważ mroczniało już na świecie, podszedłem do Radomińskiego i zapytałem, gdzie będziemy nocować? Odpowiedział, że o jakie dwa kilometry stąd, u wendziarza. Nauczyciel dorzucił, że zna tego wendziarza, Seniuk się nazywa. Odpowiedziałem mu, żeby przyszedł tam później, to jeszcze trochę pogadamy.

Przyszekł, że przyjdzie. Uśmiechnął się jakoś boleśnie, jakeśmy odjeżdżali. Zaraz po kilkunastu metrach Grzeszczeszyn mnie ofuknął, że gadam z ludźmi i tylko ich psuję. Dosyć łagodnie powiedziałem mu, żeby pilnował swoich spraw. Zresztą przyszło mi jednocześnie na myśl, że może gdzieś w dalszej drodze jak trafi na zły humor, to i obiję tego Grzeszczeszyna. Wdałem się w pogawędkę z Radomińskim, wyjaśnił mi, że ta miejscowość nazywa się Herval. Ale o sprawach „społecznych” nie bardzo mu się chciało mówić, a może niewiele wiedział. Zresztą wyłaniały się budynki zza drzew, psy zaczęły ujadać, i po chwili tuż przy drodze zobaczyliśmy wielki, podłużny dom z gankiem przez całą długość, bez ludzi, choć szeroko otwarte drzwi od wendy świadczyły, że ktoś jest w domu.

Poschodziliśmy z wozu, w oknie coś zamajaczyło tajemniczo i ukazał się w drzwiach właściciel tego całego interesu, chłop olbrzymi i tęgi, o wyglądzie jakiegoś króla cygańskiego. Miał czarny zarost, rumiane policzki i oczy chytre, niespokojne. Nie bardzo też nas uprzejmie powitał, a kiedy weszliśmy do wendy, to jakby taksował nas i obmacywał wzrokiem, chociaż od razu powiedzieliśmy „kto zacz i w czym rzecz”. Nie pomógł także syn wdowy, mimo że się znali przecież, zresztą ten chłopak nie był przyjemny; mrukliwy i nabzdyczony. Gadatliwość, kręcenie dulców, plaskanie w palce Grzeszczeszyna, cała jego swoboda towarzyska nie rozproszyły chłodu Seniuka. Dopiero, kiedy weszła jego żona, wesoła i czerstwa kobiecina z kopytkowatym nosem, kiedy tak po sierocemu zacząłem opowiadać jej, jak się czuję w podróży i co się dzieje w Polsce, wówczas Seniuk rzucił jedno i drugie pytanie, wreszcie kazał podać wódki i słodkiego piernika, tak że w pół godziny już nas zaprosili do mieszkania, a gospodyni zakręciła się koło kolacji, wtrącając się z kuchni co chwila do rozmowy.

Otóż byli pod silnym strachem, bo jakiś tydzień temu najechała ich banda Beniamina Branco i niby pod pozorem szukania broni splądrowali cały dom, nakradli ile wlezie, a syna wyprowadzili na drogę, tam kazali mu uklęknąć i tak klęczącego sprali batami aż do krwi. To prawda, że ów syn, dwudziestopięcioletni mężczyzna, zabił pół roku temu kabokla w sprzeczce. Jakoby był napadnięty zresztą, co udowodniono w śledztwie. Ale „policja” Beniamina Branco wymierzyła po swojemu sprawiedliwość, po czym odjechała, strzelając dla postrachu z winchesterów. Szefa przy tym nie było, pojechał naprzód, w odwiedziny do bogatego fazendera57, Niemca.

Wszystko to opowiedział Seniuk dość barwnie i ciekawie, w tonie zadraśniętej dumy, bo sam musiał być zabijaka nie lada. Ale kiedy tuż przed kolacją przyszedł nauczyciel Kędzierski i okazało się, że ta sama banda obiła go w straszny sposób i dwuletnie dziecko porwali matce z rąk i z wysokości konia cisnęli w krzaki, wtedy ta cała sprawa już naprawdę nabrała grozy. Kędzierski dodał, że to wszystko za namową owego Niemca, przyjaciela Beniamina Branco, co nienawidził polskich kolonistów. Jechali tak od Hervalzinho, i gdzie jakiego Polaka napadli, to go bili, zabierali broń i co się dało, wszystko zresztą po pijanemu. Całe rodziny pouciekały do lasu, przerażenie było takie, jak za czasów rewolucji. Pomyślałem przy tym samolubnie, że gdyby te deszcze nie zatrzymały nas w Iraty, to — byśmy mieli miłe spotkanie.

Seniukowie i Kędzierski byli także tym zgnębieni, że znikąd żadnej pomocy, telegrafowali z Gurapuavy do konsula polskiego, a ten odpowiedział, że będzie załatwiał tę sprawę z interventorem58; ale oni są pewni, że nic z tego nie będzie. Uspokoiłem ich, że przecież konsul nie ma swego wojska, żeby przysłać dla ukarania winnych, tylko musi to załatwić urzędowo i winni zostaną ukarani. Nic na to nie odpowiedzieli, tylko jękliwie dalej opowiadali szczegóły.

Przez cały ten czas Grzeszczeszyn siedział szeroko rozparty za stołem, bez marynarki, tylko w koszuli khaki z kieszeniami na piersiach (pieszo naokoło...), brodę wtulił w rozwarte palce lewej dłoni, cały wsłuchany, z miną surową i neutralną, prawą ręką notował co chwila w swym pokaźnym notesie. Kiedy już cała treść się wyczerpała, a zaczęły się komentarze, wówczas klapnął notesem, wstał i w drodze ku oknu powiedział dobitnie:

— To się załatwi doraźnie jutro i z pewnością u delegata policji, a pan ze mną pojedzie!