To ja miałem z nim pojechać, bo w moją stronę był skierowany jego palec. Ha, trudno.
— A co pan tam możesz załatwić, jeszcze pan co oberwie od delegata, boć to przecie przyjaciel tamtych — powiedział Seniuk tonem człowieka znającego stosunki tutejsze.
Grzeszczeszyn odwrócił głowę w jego stronę, „szarpnął się” głęboko papierosem i pokiwał tą odwróconą głową. Seniuk wstał, poprawił kopcącą lampę i zaczął pomagać żonie w nakrywaniu stołu. Zasiedliśmy do tłustej i obfitej kolacji, przy butli z nalewką kaszasy na jakichś mocnych ziołach, humory się trochę poprawiły, rozmowa zeszła na drobne opowiadania z tutejszego życia.
Seniuk stał pod ścianą, nieco oddalony od stołu, z rękami do tyłu, zapatrzony w swoje buty. Rosły, brodaty, rzucał ponury cień na posmużoną żółtawymi refleksami podłogę. Żona stała w drzwiach kuchni i uważała czy nie trzeba dopełnić półmisków. Kędzierski jako gość częsty, jadł delikatnie i niewiele, odsunięty o jakie pół metra od stołu. Właśnie do niego Seniuk zaczął mówić, jakby porozumiewawczo a jednocześnie informacyjnie dla nas.
— Właśnie niedawno, bo zeszłej niedzieli, zebrało się trochę ludzi przed szkołą i gadając o byle czym, przeszli na to, który kraj ma jaką chorągiew. Aż tu Ukrainiec Pałakić jak nie wykrzyknie: „A Polaki to nie mają teraz nijakiej bandery”! Poruszyło to chłopów okropnie i dopiero jeden, Kotus, powiada: „Zamknij lepiej gębę! Konsula mamy to i bandera jest: białe z czerwonym, głupi Hryciu!” A Pałakić na to: „Ot mi konsul! Szikotami oprali wam pyski benżaminy59, a tak wasz konsul banderowy siedzi cicho w Kurytybie i kułak ssie!” Dopieroż jak go na to syn Kotusa nie praśnie przez gębę, to Pałakić przycichł, gębę utarł, pogroził i poszedł, bo naszych było więcej. Ale że oto człowiek musi wysłuchiwać, co taka swołocz wygaduje, to już doprawdy wstyd.
Całe to opowiadanie osnuło nas oćmą posępnej nudy. Jeszcze raz napomknął o fazenderze Niemcu. Czuło się w słowach Seniuka wstyd w związku z hańbą jego syna i własną bezradnością. Różnie jeszcze pogadywali Seniuk i Kędzierski, czasem Grzeszczeszyn wtrącił coś w swoim stylu, ale było nudno, a także wódka i suty posiłek odurzyły nas i rozprażyły60. Siedzieliśmy objedzeni i porozwalani przy stole, kopciliśmy tytoń.
Zrobiło się późno, nasłuchałem się rozmaitości, jakoś to mnie otumaniło, przy tym widziałem przez uchylone drzwi posłane łóżko w pokoju obok, więc wstałem, serdecznie się pożegnałem z zaszczutym przez los Kędzierskim i ze zwierzęcą uciechą, omal nie skowycząc z zadowolenia, wpełzłem do łóżka. Pościel pachniała miodem i wilgocią. Usypiałem w niejasnym poczuciu, że ta podróż zaczyna nabierać istotnego znaczenia, że na tle tej sennej gęstwy brazylijskiej zarysowuje się człowiek i jego sprawy.
Grzeszczeszyn jest jakiś nieswój tego ranka. Jego nijakie oczy produkują powłóczysty smutek, lękliwą powagę. Wzułem już buty, tupię nimi, żwawo się krzątam, nucę coś i pokasłuję energicznie, a on ciągle leży na wznak — kobiecy — z ręką pod głową i białym ramieniem ku górze. „Dałby pan co zapalić” — mówi obolało. Daję mu papierosa, podsuwam zapałkę jemu i sobie, zaciągam się i mówię:
— Zwlecz się pan, pogoda dzisiaj, słońce — trzeba jechać dalej!
A on tylko: „a”, i nic więcej, ta tylko żałosna pierwsza z abecadła.