— Co pan taki mętny dzisiaj? — pytam pusto.
— A... cholera!
— Co, chory?
— A, człowiek to tak się czasem wygłupi, że już nie wiem...
— Gadaj pan z sensem! — ryknąłem.
— A...
I westchnął rozdzierająco, po czym opuścił nogi na podłogę i siedział na łóżku kilka minut, w długich kalesonach z tasiemkami i flanelowej koszuli w błękitno-żółtą kratę. Wyglądał jak żebrak indyjski. Włosy sterczały mu jak wiecheć siana, tylko oblać naftą i podpalić. Stanął wreszcie, przeciągnął się, zaraz też zrobiło się ciasno i duszno, więc wyszedłem myć się przed dom.
Tutaj w słońcu, na samym środku zajezdnego placyku stały na cienkich nóżkach dwa zamartwione konie ze zwieszonymi łbami, krzątał się koło nich gibki mężczyzna, przelazł pod ich brzuchami, ściągnął popręg jednemu, stęknął głęboko, drugiemu coś tam poprawił i wesoło zapytał mnie, za czym się rozglądam? Odpowiedziałem, że za studnią. Kazał mi chwilę zaczekać i obiecał przynieść wody. Chód jego był tak elastyczny, że nawet cień zdawał się kurczyć i rozciągać. Lekko przeskoczył drewniany płot i pochylony, znikł w zaroślach. Zdawał się być uosobieniem sprytu i przemyślności, a wyraz jego twarzy posiadał przyjemną zagadkowość.
Tymczasem na placyku robiło się coraz skwarniej, a jego pustka, senne koniska i dookolne kłęby zarośli podkreślały charakter tej samotni. Stałem nieruchomo z rękami w kieszeniach spodni i poprzez bezmyślną moją zadumę przedzierało się zaciekawienie dalszą podróżą. Dziś na przykład po raz pierwszy od chwili wyjazdu z Kurytyby mieliśmy w dalszą drogę wyruszyć na koniach. Rumaki te zdawały się oczekiwać na małą tylko zachętę, aby legnąć na ziemi w błogiej drzemce. Jakieś muszki bzykały mi koło uszu. Zapragnąłem się od nich oddalić i zobaczyłem siedzącego na krawędzi ganku Grzeszczeszyna z bezradnie opuszczonymi, bosymi nogami, zdającymi się wyrażać wzruszającą bezsiłę i śmieszne oddanie. W tym słońcu i całym nieporządku garderoby, mój Grzeszczeszyn ciągle jeszcze wyglądał jak żebrak indyjski. Głowa jego była okolona wiankiem muszek. Obok stał Seniuk i z zaciętością palił, a szerokie skrzydła słomianego kapelusza ocieniały jego posępną, cygańską twarz. Przez kilka minut patrzyliśmy na siebie we trzech, jakby nas tutaj kto ustawił i polecił milczeć. To idiotyczne znieruchomienie i ciszę przerwał gibki mężczyzna, który okazał się być synem Seniuka, owym zawadiaką i valentonem61, tak sromotnie pohańbionym przez ludzi Beniamina Branco. Widać cały wstyd przejął na siebie tata, bo młodzian był usposobiony do świata jak najbardziej beztrosko i przyjaźnie. Właśnie przyniósł mi wiadro z wodą i miednicę. Podziękowałem mu za to miłym słowem i uśmiechem, po czym zabrałem się do mycia.
— Będzie się pan mył?