Te słowa przyleciały od Grzeszczeszyna na skrzydełkach bezsensu i nie doczekały się odpowiedzi. Wytarłem twarz i szyję, chlusnąłem brudną wodę koniom pod nogi i przechodząc koło Grzeszczeszyna, powiedziałem mu, że w wiadrze jest jeszcze woda.
— Coś pan taki zgaszony? — dodałem jeszcze.
Zeskoczył z ganku na ziemię, zadarł do mnie głowę i zaskuczał62:
— A, panie! Niepotrzebnie się wczoraj piło; mnie to szkodzi.
— O jakim piciu pan mówi? Przecież wczoraj robił pan to wcześnie i minimalnie, powinien pan już o tym nie myśleć.
— A, to się nazbierało; wtedy, w Iraty i w ogóle, wczoraj po tych świniach... ja się ostatnio bardzo wewnętrznie rozprężyłem i teraz muszę się zebrać w kupę, bo inaczej nigdy nie osiągnę tego, co zamierzam.
— Przestań pan bredzić, trzeba się zbierać do drogi.
Powlókł się do miednicy, mdły i rozkapryszony. Widać przechodzi jakieś swoje stany specjalne. Jakże inny jest od wczorajszego Grzeszczeszyna z okresu wieczornego, kiedy notował, junaczył, obiecał bronić pokrzywdzonych. Skomplikowany człowiek. Wszedłem do pokoju razem ze starym Seniukiem. Usiedliśmy przy stole, Seniukowa szykowała śniadanie, słychać było skwierczenie z kuchni. Przez otwarte drzwi napływały fale upalnej duchoty, mieszały się z zapachem smażonego tłuszczu i sprawiały przykrość. Ponury Seniuk stał pod ścianą i ciężko sapał, wpatrzony we mnie wyczekująco.
— Co, Radomiński pojechał? — zagadnąłem.
— A pojechał, zaraz jak pan poszedł spać.