Wszedł Grzeszczeszyn uczesany na mokro, z uszami obklejonymi pejsami swych przydługich włosów. Usiadł obok mnie, ziewnął rozdzierająco i wymamrotał:

— Rany Boskie, jakim że ja nieswój!

Ten temat się jednak nie przyjął, milczeliśmy dalej i kiedy Seniukowa przyniosła talerz pełen smażonej kiełbasy oraz chleb i kawę w kubkach, zabraliśmy się do jedzenia. Wszedł syn Seniuka i stanął obok ojca. Zaczął mówić o tym, że konie będzie trudno sprowadzić z Tereziny i że musi z nami chyba pojechać, żeby konie z powrotem przyprowadzić. Porozumiał się z ojcem, którego konia jeszcze osiodłać i wreszcie wyszedł ze słowami: „Raźniej będzie we trzech jechać i drogi też panowie nie znacie”.

Rad byłem temu; mój kontakt z Grzeszczeszynem ciągle jeszcze nie był wyjaśniony i wolałem uniknąć sam na sam. Obfite śniadanie, upał i zapachy z kuchni, wszystko to sprawiło, że czułem się jak opuchnięty i z przyjemnością pomyślałem, że na koniu się nieco przetrząsnę. Seniuk, mimo moich nagabywań, nie chciał przyjąć pieniędzy za pobyt w jego domu, ani też za wynajem koni. Kiedy już bardzo nastawałem, przerwał mi stanowczo: „Niech pan da spokój, to jest po mojemu i nie ma co mówić! Znajdą się tacy, co od pana wezmą i to będzie znów po ich myśli”.

Nie należy walczyć z zasadami. Dał mi do potrzymania kilogramową rękę, uścisnąłem także niezdarną kończynę Seniukowej, powiedziałem jeszcze szereg niepotrzebnych zdań w związku z ich gościnnością i „wsiadłem na koń”. Senne zwierze lekko się zachwiało, następnie ugięło pode mną. Małżonkowie stali na ganku i żegnali nas w milczeniu. Wiało od nich obojętną serdecznością.

Trzej jeźdźcy wyjechali na szeroki...63 Więc jechaliśmy w słońcu, lekkim truchtem, rozmaicie siedząc na swych koniach. Syn Seniuka trzymał się niedbale, nogi zwisały mu obok wolno opuszczonych strzemion. Próbowałem anglezować, co było niewygodne w szerokim, brazylijskim siodle. Trząsłem się, ciągle coś mnie ugniatało. Natomiast Grzeszczeszyn zmuszał mnie do obserwowania go co chwila. Nawet siedzieć w siodle nie umiał przyzwoicie. Hojdał się64 na prawym udzie, pogrążony w bolesnej zadumie. Co kilka minut ciężar ciała przesuwał na lewo lub prawo. Zwisał tak rozchybotany, żałosny. Nie smutne to było i nie wesołe, raczej wyrafinowanie i uporczywie drażniące. Co jest w tym człowieku? W rozmaitych rozważaniach na temat mojej podróży niejednokrotnie zadawałem sobie to — zdawałoby się — nieistotne pytanie. Cokolwiek powiedział, zrobił gest jakiś, wszystko to nie zawsze było śmieszne, ale inne niż u zwykłych ludzi. Oto, czym zmuszał mnie do uporczywego obserwowania go. Niechlujstwo jego umysłu kojarzyło się z jego sposobem poruszania się, mimiką. Zdawałoby się, przygodny towarzysz podróży, człowiek na tyle obojętny, aby skonstatować jego dziwność i zająć się innymi sprawami. Lecz ja na punkcie Grzeszczeszyna dostałem pewnej obsesji. Niepokoił mnie sobą uporczywie, zmuszając do poszukiwania w nim materiału dla mego zmysłu obserwacyjnego. Niewątpliwie właśnie ten zmysł obserwacyjny i moja literackość natrafiły tutaj na istną kopalnię dziwności. Nie był przeciętny, oto moja udręka. Nie zawsze jednak irytował. Był tak śmiesznej postury, mimikę miał zabawną, jego zadumy lub kaprysy, znudzenia i miny pełne wyrozumiałości malujące się na tej, w gruncie rzeczy, plugawej twarzy, wszystko to po prostu interesowało. Właśnie odwrócił się do mnie — był w takiej pozycji, że powinien według moich obliczeń, zsunąć się z siodła — i wystękał:

— Wie pan, jest mi trochę lepiej, to i dobrze... Te Seniuki panie, to zbóje, och zbóje! Wiem ja coś o nich. Pański jest trochę większy, ale mój to marszador65, niesie jak w kołysce... Za jakie dwie godziny będziemy w Terezinie, cholera — gorąco... tam sobie odpoczniemy u Suchodolskiego... jedźmy prędzej, hu-ha! Filho da puta66!

Po tym wściekłym okrzyku, pomknął dalej zwisający, diaboliczny Grzeszczeszyn.

Zboczyliśmy z drogi, jadąc teraz wąską ścieżką leśną. Ogarnął nas parny zaduch zielenizny i stężała, leśna cisza. Seniuk jechał na przedzie, ja za Grzeszczeszynem. Raptem z gęstwy wysunął się wąsaty mężczyzna z kolorowo ubraną i w kapelusiku na czubku głowy, dziewczynką. Oboje byli na koniach i wyjechali z bocznej, niewidocznej ścieżki. Seniuk pozdrowił dłonią mężczyznę i powiedział: bom dia. Odpowiedział na ukłon; dziewczynka też coś tam zakwiliła. Przyglądali nam się z chłodną ciekawością. Seniuk odwrócił się do Grzeszczeszyna i powiadomił go, że to jest delegat policji i że wczoraj słyszał przez ścianę, jakeśmy o nim mówili. To wyjaśnienie podane było z uśmiechem przypomnienia. Zaraz też wdał się w rozmowę z delegatem. Jechaliśmy teraz razem, gęsiego. Grzeszczeszyn świstał przez zęby i badawczo spoglądał w gęstwę. Delegat mówił Seniukowi, że jedzie z córką do Suchodolskiego, po zastrzyk, bo dziewczyna, zdaje się, cierpi na malarię. Jechała o metr przede mną i trochę z boku. Podobna była do obrazka z dawnych czasów. Śniada, drobna, mogła mieć dwanaście lat. Wyglądała przyjemnie w swym słomianym kapelusiku z czerwoną aksamitką na czubku głowy. Siedziała na koniu po kobiecemu.

— Może by pan porozmawiał z delegatem o Beniaminie Brance, przedwczoraj mówił pan o tym? — zagadnąłem Grzeszczeszyna.