— Rozmyśliłem się, zainterwenjuję listownie u konsula z Tereziny. A jak wrócę do Kurytyby, to osobiście pogadam z Ribasem.
— Przecież pan go nie zna, co mi pan tutaj opowiada!
— Ja nie znam Ribasa? Niech pan się nauczy najpierw myśleć a potem mówić, nie odwrotnie. Hu-ha, prędzej, bo wleczemy się jak za pogrzebem!
Kłamstwo bym mu darował, ale ton, w jakim mi zaprzeczył, znów mnie poirytował. Czułem na policzkach wypieki ze złości. Z lękiem pomyślałem, że ja tego człowieka kiedyś zbiję na kwaśne jabłko. Niepodobna się z nim kłócić, trzeba będzie sprać i patrzeć, co z tego wyniknie.
Jechaliśmy prędko i w dudnieniu kopyt końskich usłyszałem słowa Seniuka:
— Panie Grzeszczeszyn, mówiłem delegatowi, że chce pan z nim porozmawiać o Beniamin Branco, chce z panem gadać? Zwolniliśmy, delegat czekał, aż Grzeszczeszyn zbliży się do niego i zapytał:
— Czy pan jest jakimś urzędnikiem, że pana to obchodzi?
— Ja nie, ale ten pan jest dziennikarzem z Polski i będzie o tym pisał, co tu nawyprawiali ludzie Beniamina Branco.
Z kolei delegat zaczekał, aż ja się do niego zbliżę.
— Pan jest dziennikarzem?! Niech pana to wszystko lepiej nie interesuje, bo Beniamin Branco spełniał polecenia z Kurytyby. Seniuk powinien być zadowolony, że go nie zabrali do więzienia. Zabił Brazylianina. Nie trzeba się w to wtrącać, radzę panu. Wszystko się odbyło jak potrzeba!