— Przytrafiło się panu co? Dlaczegoś pan został w tyle, jestem zaniepokojony!... Rany Boskie! Rany Boskie! Co pan robisz, wstań pan w tej chwili! Leżysz pan w Brazylii, w selwie68, jak na otomanie w hotelu! Wstań pan natychmiast!... Jararaca69, jararaca może pana!...

Podniosłem się przerażony, szukając wzrokiem tego jadowitego gada, ale na wygniecionym miejscu i w pobliżu nie zauważyłem niczego niepokojącego.

— Gdzie jararaca, gdzież pan ją widzisz, u pioruna!?

— Jeszcze nie ma, ale przecież w Brazylii roi się od tych żmij! Jak pan możesz być tak lekkomyślny, ukąsiłaby pana i pewna śmierć!

Zsiadł z konia i począł badawczo patrzeć w trawę. Siodłając konia, powiedziałem:

— Napędził mi pan tylko niepotrzebnie strachu, myślałem, że już ją mam gdzieś za pazuchą.

— Ale mogła być, niech pan się nigdy nie kładzie na gołej ziemi, nigdy!

Szybko opuściliśmy to miejsce, gdzie po raz pierwszy — wnioskując ze słów Grzeszczeszyna — zetknąłem się z utajoną grozą dżungli. Więc już nigdy, jak długo tutaj będę, nie będzie mi danym marzyć, leżąc? Na drzewo też nie będę właził, by nie spotkać się z pumą. Ktoś mi opowiadał dość sugestywnie, że często z gałęzi drzew zwisają żmije, czekając na ofiarę. Wyobraziłem sobie te żmije zwisające w kędziorach i jeśli ja, jadąc konno, trafię głową w takie kędziory, to już po mnie. Nie mogę więc leżeć, jeździć konno, i przesiadywać na drzewach. Życie stało się nagle wściekle trudne. Grzeszczeszyn zdawał się myśleć ze mną jednakowo, bo nagle odezwał się:

— Tak panie, to nie hihi, tutaj trzeba uważać, a jeszcze choroby, a jeszcze pijany kaboklo! Wracaj pan lepiej do Warszawy, na pół czarnej!

Zaśmiał się rubasznie i zaraz po tym jego śmiechu ukazała się w dole rzeka, a nad rzeką młody Seniuk poił konia. Na przeciwległym brzegu tkwiły w słonecznej ospałości drewniane budynki. Cała mieścina wyglądała nędznie i odpychająco.