— Dlaczego pan został? — zapytał mnie Seniuk, kiedyśmy przejeżdżali w bród rzekę.
Powiedziałem o popręgu, z niechęcią myśląc jednocześnie o tej groteskowej solidarności, jakbyśmy przejeżdżali przez najszczerszą puszczę, pełną dzikich ludzi i zwierząt. Naprzeciw nam posuwała się trzoda świń, z dwoma chłopakami w podkasanych portkach. „Cie, gdzie leziez, kurwo jedna!” — krzyczał jeden rodzimym językiem. „A gdzie, ryju cholerny, a gdzie!” — wrzeszczał drugi. Na rzece — słowem — panowało ożywienie, między palmami, pod obcym słońcem, słychać było tęgą polszczyznę. Wylądowaliśmy na zakurzonym wybrzeżu i jechaliśmy pod górę, w miasto. Między chałupami przebiegł pies z podtulonym ogonem i wywieszonym językiem, kudłata dziewczyna rozwieszała bieliznę na sznurze, zza węgła wybiegło drobnym kroczkiem dwóch ludzi, z drągiem na ramionach, z przymocowanym do drąga niby zabity jeleń, mężczyzną w portkach i koszuli, bosym i bez kapelusza, ze zwisającą głową i wielką, napiętą grdyką. Minęli nas i znikli na zakręcie, kiedy raptem ocknąłem się i zawołałem do Grzeszczeszyna:
— Panie, panie, co to, co to takiego?
— A bo ja wiem, nieżywy, czy co do cholery! Trzeba będzie zapytać się Suchodolskiego!
W głowie mi huczało od tego widoku i od gorąca. Podjechaliśmy do obszernego, parterowego domu z szyldem: „Suchodolski Srokoń”. Przez dwa narożne wejścia widać było mroczne wnętrze wendy, na progach stało kilku mężczyzn, bosych, palących pajowce70. Przywiązane do słupów, stały cztery konie i dwa muły z kalgierami71. Kabokle patrzyli na nas obojętnym, leniwym wzrokiem i przepuścili, nie przerywając gawędy, kiedyśmy wchodzili z Grzeszczeszynem do wendy. Seniuk został, aby przywiązać konie. Weszliśmy do chłodnego i wielkiego sklepu z ową charakterystyczną mieszaniną zapachów, gdzie pod ścianami stały worki i blaszanki, na drągu biegnącym ponad ladą zwisały nowe, barwne siodła, farbowane pelegi futrzane, wszelki sprzęt konny, za ladą uwijało się kilku subiektów, na tle półek z różnokolorowymi perkalikami, materiałami na ubrania, obuwiem. Wenda zawalona była wszelką prowincjonalną tandetą, tutaj ściągali ludzie z okolicy, aby zaopatrzyć się w niezbędne sprzęty, tutaj załatwiało się najrozmaitsze handlowe interesy, intrygi, ścierały się ambicje, szef firmy był jak każdy większy wendziarz w swej okolicy, kacykiem, sędzią, nieomal dyktatorem, nazwanym przez kabokli manda chuva, czyli czarodziejem mogącym sprowadzić deszcz. O Suchodolskim słyszałem wiele w Kurytybie. Był on tutaj agentem banku, kierownikiem poczty, aptekarzem i korespondentem pism. Burżuazyjny radykał, zwolennik kościoła narodowego, bogaty i przedsiębiorczy wendziarz, Suchodolski miał opinię solidnego kupca z dużymi ambicjami. Wyemigrował z Polski do Brazylii kilkadziesiąt lat temu, tutaj się dorobił, rozpoczynając w swoim fachu. Był aptekarzem. Grzeszczeszyn przedstawił mnie jemu, kiedy stał pochylony nad ladą i coś obliczał. Był rosły, o wielkiej głowie ze śladami ospy na twarzy, miał jakieś czterdzieści parę lat. Moje nazwisko, granatowa koszula z plecionej wełny, bryczesy; wspaniałe, żółte buty, wszystko to nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Nigdy o mnie nie słyszał, specjalność moja ogłoszona przez Grzeszczeszyna obudziła w nim nieufne spojrzenie. Zaprowadził nas schodkami w dół, poprzez aptekę, do pokoju umeblowanego przyzwoicie, ale bez gustu. Tutaj zaczął się jeden ze znanych już popisów społecznych Grzeszczeszyna. Suchodolski słuchał go siedząc wygodnie w fotelu i co pewien czas mówił: „Tak, to wiem” — „Znam go”. — „A, o tym już słyszałem!”
Chłopak przyniósł imbryk z gorącą wodą i kuję z herwą72, Suchodolski popił szimaronu, dolał wody i podał mi ze słowami: „Nie wiem, jak pan tam — pija to nasze picie?” — Wziąłem kuję z ochotą, rad, że się czymś zajmę. Dziwnie nie lubiłem tych społecznych rozmów, były one nieważne, a cała sprawa, o którą walczyli ci operetkowi politycy, była nędzna, powodowana niską ambicją wzbogaconego wendziarza i spekulanta. Zresztą atmosfera tych rozmów była niepoważna, ubożuchna w sens, a zwłaszcza tego dnia, w połączeniu ze skwarem, z nieprzyjemną drewnianą oschłością tego miasta, sprawiała wrażenie kołowatej przymusowej bzdury. Przez wzorki firanki zwisającej u okna, widziało się gołębia, czarną świnię i psa, jak zgodnie wylegiwali się w gorącym pyle. Bez gołębi byłoby przykro na to patrzeć. Już z góry domyślam się zarzutów ogorzałych pionierów kolonizacyjnych, strzelających tygrysy jak kaczki, kochających trud i tężyznę życiową: „Pana wszystko nuży i nudzi, nie widzi pan rzeczy pozytywnych”.
Nie, ja tylko stwierdzam rzeczywistość brazylijską, która jest parszywa i wściekle nudna jak dotąd. Dla mnie, dla człowieka, który stwierdza, jak jest. Taki Suchodolski, być może, jest typem dodatnim, ale jego wyniosły sposób bycia jest mi wstrętny. Przecież wegetuje w paskudnej dziurze i stwierdza tym swój nieciekawy stosunek do życia. Niewątpliwie jest to kraj dla ludzi łatwych, bez wymagań.
W tej chwili czułem się na tej wizycie jak człowiek, który nie wie czego chce. Suchodolski zdawał się wyczekiwać z naszej strony jakiejś prośby, żądań. Zachowywał też pewien dystans, aby móc odmówić. Toteż czułem się dość fałszywie, bo przecież mogłem go nigdy w życiu nie widzieć. Miał na sobie białą marynarkę, szare spodnie i solidne półbuciki na grubych podeszwach. Czyściutki, pachnący złą wodą kolońską, na przegubie dłoni zwisała mu złota bransoletka z dwoma wisiorkami: małpką z kości słoniowej i słoniem ze złota. Na palcu miał sygnet z herbem i obrączką. Zachowywał się, jakby nam dawał posłuchanie, audiencję. Z apteki pachniały lekarstwa. Wbiegł kudłaty pies, obwąchał nas i usiadł u nóg pana. Grzeszczeszyn właśnie kończył swoje wywody na temat nowego konsula w Kurytybie. „Jest zdaje się chłop z charakterem, tylko nie zna jeszcze stosunków, i nie wiadomo jaką drogą pójdzie”. Suchodolski nic na to nie odpowiedział, tylko po chwili zwrócił się do mnie z mętnym pytaniem, jak mi się podoba Brazylia? Odpowiedziałem, że dotychczas mi się bardzo nie podoba, ale może w dalszej podróży trochę się poprawi. Na to on: „Tak, to nie jest kraj dla artystów — publiczność niewdzięczna, nieuczona”. Nic na to już nie odpowiedziałem. Jaka publiczność? Przecież nie jestem śpiewakiem estradowym!
Napełnił kuję, psa poczochrał butem.
— No, a teraz dokąd panowie zmierzają?