— Pobędziemy tu kilka dni i dalej, do Candido do Abreu — odpowiedział Grzeszczeszyn. — Wybieramy się drogą przez lasy, na północ, do Londryny.
— A, to ciekawa podróż. Ale, skoro panowie tu trochę zostaną, to proszę zajść do mnie na szimaron. Radzę wam zamieszkać u Smyków, tam dość czysto i niedrogo. W hotelu drogo, i te dziewczyny — Gomora; wprost fantastyczne, co się tam wyprawia!
Podniosłem się z krzesła, pies warknął.
— Proszę pana, tu na drągu ponieśli jakiegoś człowieka, co to takiego? — zwróciłem się do Suchodolskiego.
— Aa, to pewnie ten kaboklo... widział to pan? Mówiłem, psiakość; żeby w nocy!... Umarł, nędzarz — na maleitę73, tylko niech pan nie przypuszcza, że tutaj tak wszystkie pogrzeby się odbywają! To wyjątkowa sprawa, za późno mi dali znać o śmierci, ciało się zaczęło psuć, ale też... że nie chciało się dzikusom ponieść go na jakiej desce. Sami sobie winni, nie przychodzą do mnie po zastrzyki.
Był poruszony trochę tą nowiną, pożegnał mnie niespodziewanie uprzejmie, prosił, żeby koniecznie zajść.
W wendzie oczekiwał nas Seniuk, jedząc bułkę. Poprosiliśmy go, aby zaczekał, przymocowaliśmy nasze worki do jednego konia, rozpytaliśmy się o drogę do Smyków, i ruszyliśmy, Grzeszczeszyn prowadził konia za uzdę. Szliśmy na przełaj, zaśmieconym placykiem pełnym kóz. Uprzytomniłem sobie, że na pewno wyglądamy jak na komicznym obrazku lub ilustracji do nienapisanej książki. Tu i jeszcze tam, kiedy odjeżdżaliśmy z wendy starego Seniuka. Nad głowami ukazało się słońce z otokiem, niby sadzone jajo. Chałupy były przeważnie drewniane, kryte ceglaną dachówką, często bez szyb, z drewnianymi okiennicami; przewiewne. Kiedy dotarliśmy do zagrody Smyków, podniosło się z progu kuchni dwoje staruszków, przydreptali do nas żywo, posłuchali, że to z polecenia Suchodolskiego, i zaprowadzili przez kuchnię, do izby. Zdjęliśmy worki z konia; Grzeszczeszyn poszedł odprowadzić go młodemu Seniukowi. Wyjąłem z worka toaletowe drobiazgi i umieściłem je we wskazanym przez Smykową pokoiku. Powiadomiła mnie zachęcająco, że w tym pokoju zatrzymuje się stale ksiądz Kiełta, ilekroć jest w przejeździe. Umyłem się, poleżałem trochę na łóżku i zaproszony przez Smyka, poszedłem do kuchni na szimaron. Pachniało tu spalenizną, koło otworu w suficie lśniły się czernią spękane belki. Podano mi maleńką kuję pogniłą na brzegach, z blaszaną rurką. Pod ścianą, pochylona nad ławą, zawaloną kawałami świńskiego mięsa, stała Smykowa i połcie słoniny zaprawiała solą. Nad ogniem wisiał duży gar, gotowały się w nim świńskie nogi. Nieźle siedziało się z tymi starymi ludźmi. Kilka minut trwało milczenie, w końcu zagadnąłem:
— Jakie tu życie? Spokojne pewnie?
— A, nam starym... to co tam narzekać — odpowiedziała Smykowa. — Obcy świat, ale my przywykli.
O czym tu z nimi gadać? Znów żeśmy sobie pomilczeli. Miny mają życzliwe, widać małomówni. Na progu turlają się dwa szczenięta: pies i kot. Piesek ma załzawione i zdziwione oczka, gładki, brązowy, gryzie puszysty łepek kotka i warczy z uporem. Przyszła duża kotka, prychnęła, piesek potoczył mi się pod nogi, skomląc. Kotek wpełzł pod matkę, począł ją ssać łakomie. Próbuję nawiązać rozmowę ze Smykiem, ale pytania moje brzmią sztucznie. Czy mają jakich krewnych w Polsce?