— A, są — odpowiada Smykowa. — Są, ale co napiszą, to o pomoc proszą. Myślą: amerykany, bogate... a tu taka i Ameryka, nieprawdziwa. Mil nie dolar, idzie go ponoć trzy na złotego.

— A nie chce im się do was przyjechać?

— Jakże panie, toć przecie koszt, tyli świata... a kolej, a statek... Niech lepiej siedzą na tym gruncie, jaki tam mają.

— Tak, panie — wtrąca Smyk — pracowali my całe życie, teraz na stare lata mamy chałupę i co do gęby włożyć, ale żeby tak pomagać, to nie możemy. Co mamy, to dla nas wystarcza, a więcej nie chcemy... Nie chłopska rzecz się bogacić, a i to na obczyźnie, jak jakie zesłance żyjemy. Wiadomo, kraj niebogaty w ziemie, ludzi musi się pozbywać, pretensji nie mamy, a to przyjemnie nam słuchać, że rząd teraz w Polsce jest mocny, własne wojsko i obce wyrzucone.

Znów się urwało.

Wszedł Grzeszczeszyn, pokracznie przestąpił koty na progu, zdjął kapelusz, przysiadł, łapczywie pochwycił kuję z rąk Smyka. Otulając dłońmi kuję, ssał, sapiąc. Mruczał:

— Znów się natknąłem na bagno w Terezinie: Janicki żre się ze Stachurskim, a Suchodolski chce obu za mordę trzymać! Będę musiał zaprowadzić tu porządek... co za ludzie! Suchodolski nie chce ze mną gadać, widać boi się silnej ręki!...

Człowiek czynu był rozeźlony, nie podał kui dalej, tylko sam sobie nalał wody i pił w gniewie. Smykowa przysmażyła mięsa na patelni, podała do stołu razem z kapustą i kartoflami. Jadłem w spokoju, daleki od złych myśli. Piłem kawę z blaszanego kubka, paliłem i przyglądałem się Grzeszczeszynowi. Był spocony, kostropaty na twarzy, fakonem czyścił sobie paznokcie.

Po południu przeszła nad Tereziną burza, kozy beczały, zrobiło się ospale z przymusowego lenistwa. Leżałem na łóżku, ubrany, w butach. W krzakach za oknem opadały krople z liścia na liść, zmoknięte kury poruszały się niemrawo. Przez uchylone drzwi widziałem pogrążonego w notatkach Grzeszczeszyna. Co robić u licha — nuda, spić się chyba?! Ale z kim? Grzeszczeszynowi alkohol nie służy. Leżę bezmyślnie wpatrzony w sufit. Wcale nie jest znów tam tak nieciekawie; jakieś ornamentacje, gęby, okręt, zwierzaki, a wszystko z niczego: wapno na deskach, trochę włosia z pędzla. Oto życie moje szalone, wymarzone podróże po zamorskich krajach! Przygoda! Chwytam się na wewnętrznym dialogu: Po co masz się spijać, nie myśl o głupstwach, nie leń się, po coś tu przyjechał? Obserwuj, patrz, poznaj myśli tych ludzi, może warto. — Jakich ludzi, jakie myśli? Wiem już co powiedzą: „A, żyje się jakoś panie”. Albo: „Ksiądz ten wyzyskuje, ogłupia naród”. — A nie możesz to rozejrzeć się w naturze? Egzotyzm przecież, obce, ciekawe!

Zrywam się z łóżka i wychodzę przed dom. Już po deszczu, pojaśniało. Senny muł czochra mordę o pniak. Nad przysadzistymi domostwami snują się dymy, pachnie spalone drzewo, ścieżka biegnie kręto poprzez wyleniałą trawę, błyszczą kałuże, czerwonawo, lśniące liście palmy wychylają się zza chałupy, cicho i pusto jakoś. Idę ścieżką, bez celu. W oddali, na prawo cztery litery T — cztery piniory; na lewo — olbrzymi, leśny pagór. Na to wszystko spływa barwiczka z nieba. Brudny szkarłat. Pogrążony w nieciekawych rozmyślaniach, mętny spacerowicz po mokrych wertepach, podszedłem mimo woli pod wendę „Suchodolski Srokoń”. Zatrzymałem się przy słupku, namyślając się czy wejść do środka, kiedy podszedł do mnie niezmiernie otyły chłopiec lat może dwunastu, z procą w ręku. Starał się ze mną nawiązać znajomość bez żadnych wstępów: