— Właśnie; tutaj w hotelu są, ale jedna z nich to kochanka Beniamina Branco, lepiej nie zaczynać. Pozostają kozy.

— Cóż, pan zdaje się dzisiaj uciął sobie romansik z jedną...

— Właśnie, a pan myśli, że nie ma takich, co lubią kozy? Pfiu, panie!

Zorientowałem się, że wystawanie w nocy przed chałupą — i to w takiej ciemni — oraz prowadzenie podobnych rozmów świadczy o moim rozprężeniu duchowym.

— Chodźmy spać, gadamy głupstwa — szepnąłem.

— Ano, chodźmy panie, burza będzie jak cholera, o, łyska się nad Suchodolskim.

Rozstaliśmy się.

Powoli rozbierałem się w dusznym pokoju, brudny blask świecy pełgał po ścianach, książka do nabożeństwa kusiła tanią teologią z parapetu okna, za drzwiami usłyszałem cichutkie postękiwania, wyjrzałem: Grzeszczeszyn stał przy oknie w koszuli i długich kalesonach z tasiemkami, drapał się po piersiach, z twarzą zmiętą, jakby nasłuchującą. Zgasiłem świecę i popadłem w senne odrętwienie, ocknąłem się w poryku wichury, błyskawicach i stukocie kropel; jak gdyby ktoś grochem sypał w szyby okna. Gdzieś tam pies skuczał przeraźliwie; coś zakwiczało. Spokoju, psiakrew, spokoju!

A rano był spokój i słońce. Siedzieliśmy przy śniadaniu, kiedy wszedł Stachurski i narzekał, że burza zniszczyła mu krzaki truskawek, a kozy tak dobijały się do drzwi, że gdy zeszedł na dół i tworzył, to wpadły z takim impetem na korytarz, że omal go nie obaliły. I że w każdą burzę ma z tymi kozami kłopot. Koniecznie upatrzyły sobie szkołę; biją w drzwi kopytami, bodą, dopóki im nie otworzy. Stachurski próbował nawiązać do wczorajszego zebrania, ale przerwałem mu energicznie, że te sprawy są mi obce i dalekie, i raczej denerwują mnie niż ciekawią. Zaczął fiukać, i powiedział: „To trudno!” Dziwiłem się sobie, jak wobec wielu ludzi napotkanych w mej podróży, zachowywałem się oschle lub niegrzecznie (a taki to miły chłopiec był w Warszawie!). Prawie ciągle czułem się naładowany złem, czułem w sobie jakby jady, w głowie czad; słowem niechęć do wszystkiego. Ale poza tym złym samopoczuciem — klimat, czy co u licha! — działy się przecież te sprawy rzeczywiście; nie zmyśliłem ich. A więc — chyba — począwszy od Grzeszczeszyna, a skończywszy choćby na Stachurskim, nie były to postaci, które bym chciał specjalnie oczerniać! Jakaś głupota w tym wszystkim tkwiła, niewątpliwie! Powiedzmy sobie otwarcie, że nie po to jedzie się dwanaście tysięcy kilometrów morzem, aby spotykać się z podobnymi ludźmi i kwestiami. Pragnąłem nareszcie coś zobaczyć, czymś się zachwycić.

Stachurski widząc, że nie nakłoni mnie do rozmowy — w jego pojęciu istotnej — zaczął mówić o swoim życiu tutaj, że się marnuje, chciałby się ożenić, ale to wszystko takie chamstwo zbogacone...