Kiwnąłem głową obojętnie. Jeszcze trochę pogadali i poczęli się rozchodzić opieszale, z niewyraźnymi minami. Janicki podał mi rękę i powiedział na odchodnym:

— A niech no pan do mnie zajdzie jutro, wyjaśnię panu jeszcze wiele rzeczy.

Coś mu tam bąknąłem, wstałem i poszedłem do swego pokoju. Zapaliłem świecę, wziąłem z okna grubą książkę do nabożeństwa, prawdopodobnie lekturę bohatera dzisiejszego wieczoru, księdza Kiełty i począłem przeglądać, co tam napisano. To pewne, że układał te wiersze zły poeta. W litanii do Matki Boskiej nazywają tę niewiastę „wieżą z kości słoniowej”. Bardzo zła i materialistyczna metafora. Gdzie indziej były zdania: „Wino kosztowne, czystość panieńską ochraniając”. Co to jest?! Albo: „Manno niebieska zakryta! Podróżne zasilenie w Panu umierających!... Jezu przez Twe w niewinnym wieku obrzezanie, racz w sercu moim zgładzić światowe kochanie!” I jeszcze: „Naczynie poważne, Naczynie dziwnego nabożeństwa!!!” Co też tu powypisywali! I to jeszcze w tym wszystkim tyle złota, kości słoniowej, bogactw wszelkich! Ta zachłanność! Chyba ci chłopi mają rację. Oto los, trudno się zdecydować. Wierzyć, nie wierzyć — w co wierzyć? Położyłem książkę na dawnym miejscu, nie moja rzecz ją recenzować.

Wyszedłem przed dom, który podlewał Grzeszczeszyn wzdychając jak utrapieniec. Otaczała nas gęsta czerń. Pies skomlał w przybudówce, Grzeszczeszyn wyszeptał, sapiąc:

— Chyba burza spadnie tej nocy i drogę nam zmoczy, ale to nic, bo pewnie dalej konno pojedziemy, tylko skąd tu wziąć konie?

— Kupić trzeba będzie, nie można ciągle pożyczać!

— Ano zobaczymy, może Suchodolski nam sprzeda... Widział pan, jacy tu zbuntowani ludzie? Ile tu chwastu ludzkiego narosło? Ale nic, jedziem dalej... masz pan ognia?

— Mam — odpowiedziałem cicho.

— Przydałaby się jaka dziewuszka — szepnął mi prawie na ucho.

— Ach, co pan opowiada, tu w tej dziurze?