— Oj, to prawda! — powiedział z kąta stary Smyk.

Rzeźnik znów się poprawił w sobie, charknął i rzekł:

— Pan Stachurski to szpieg Suchodolskiego; oni się kochają i obaj chcą nam dać rady!

To zdanie zamąciło bieg moich myśli do tego stopnia, że wtrąciłem:

— Jak to, pan Stachurski twierdzi, że Kiełta po to założył kooperatywę, żeby uchronić ludzi od wyzysku wendziarzy, a pan mówi, że to szpieg Suchodolskiego? Nie rozumiem! Przecież pan Suchodolski ma wendę!

— A no właśnie — wyszeptał Grzeszczeszyn — właśnie. To jest właśnie taka kombinacja, że tam Kiełta już do spółki z Suchodolskim coś politykują!

— A ja panu powiadam — wrzasnął Stachurski w moją stronę — że pan tutaj dostał się w grono ludzi, którzy nie mają nic do stracenia, umieją tylko mącić wodę i chcą, aby pan stąd wyjechał z informacjami, które im będą na rękę!

Odetchnąłem, ale nie z ulgą. Oni mnie tu biorą za kogoś oficjalnego. Pomyślałem, jakby im to wyjaśnić, ale zaraz ogarnęła mnie mdła nuda i takie poczucie idiotyzmu sytuacji, że zwiesiłem głowę i dopiero wtedy ją uniosłem, kiedy Janicki ze Smykiem zabierali się wyrzucać wzburzonego nauczyciela. Ten jednak sam się wymknął z pokoju, złorzecząc z przejęciem godnym dramatu, a nie tej chamskiej kłótni.

Rozeźleni chłopi skręcali pajowce, z okna wiał podmuch parnej nocy, w krzakach zaskrzeczał kogut jakby dławiony. Janicki przysiadł i powiedział do mnie:

— Widział pan te nasze sprawy?