— A co to mi za świętobliwy duchowny, który niczym żandarm jaki jeździ na koniu od kościoła do kościoła, od kaplicy do kaplicy, i odprawia te msze na patatajkę, po dziesięć na niedzielę, rewolwer nosi pod kiecką, gdzie może podburzy, ludzi traktuje jak stado baranów, też diabeł wie skąd takiego władcę nam naniesło! I to opłacaj mu się jak jakiemu dziedzicowi, bo inaczej piekłem grozi jak za jakich średniowiecznych czasów. Kiedyś tu się spotkali z Kubistym w stowarzyszeniu. Kiełta patrzy na ścianę, gdzie wisi portret Prezydenta i, dalej go — powiada — zdjąć ten portret, tu te rządy nas nie dochodzą, tu Brazylia, a nie Polska! Tak Kubisty już się do bicia zabierał, tylko Kiełtę baby kieckami zasłoniły, bo by go tam, tego całego duchownego, Kubisty obił jak się patrzy. Żeby to siedział na plebanii, co tam babom potrzeba z kazalnicy w niedzielę powiedział, nabożeństwa odprawiał, a nie wtrącał się w sprawy społeczne, nie jątrzył ludzi! Junacy — powiada — to sami masoni, w Boga nie wierzą i pod przykrywką sportu komunizm odprawiają. A przecież sami wiecie, co ten „Junak” znaczy dla naszej młodzieży! Młodzież naszego wychodźstwa organizuje się, uczy się obok tężyzny fizycznej myśleć po polsku, nie zatraca kontaktu z Macierzą. I oto tego się te klechy tutaj dociepią, że chłop polski przyjdzie po rozum do głowy i wygna tych darmozjadów na zbity łeb...

Janicki przysiadł ze zmęczenia, zakasłał się i obtarł czoło chustką.

Siedziałem zahukany tym potokiem słów i chociaż czułem, że ten człowiek mówi jakąś prawdę, w gruncie rzeczy nic mnie to wszystko nie obchodziło. Nieważne sprawy nieważnych ludzi. Grzeszczeszyn przycupnął w kącie z neutralnym uśmieszkiem na swej charakterystycznej twarzy. I oto wybrałem się w podróż, w przygodę... Po chwili milczenia charknął syn Smyków, objechał łapą po obfitej gębie i zaczął:

— Tutaj oni chcą to chłopstwo za łeb wodzić, bo w kraju już u tego chłopstwa żadnego posłuchu nie mają. Tak się tu i zjechali. A poczynają sobie z nami jak z jakim bydłem, jakbyśmy oczy w portkach mieli. Już z niczym się nie liczą! Taki Weiss, werbista74, ze szwabów, psia jego mać!... Kawalerzysta — łapie konia i pędzi galopem trzydzieści kilometrów, koń mu pada przed kościołem, a on do chłopów powiada: „O, widzicie! bydlę padło a ja na czas zdążył służbę bożą odprawiać”. I śmieje się, i włazi do kościoła jak do jakiego biura. A tu wiadomo, koń czy inne bydlę to dla chłopa jakby członek rodziny, to żywiciel, i jak z tym niewinnym bydlęciem taki miłosierny duchowny postępuje. Ale to jeszcze nic! Po mszy każe sobie przynieść puszki z datkami i pieniądze na oczach wszystkich, na ołtarzu liczy, jak jaki kaboklo w wendzie. Tak, jakby tego nikt nie widział! A to przecież i wstyd człowiekowi, że go za takiego ciemnego uważa!

Znów przycichli. Argumentacja, rzeczywiście — sugestywna. Właśnie Grzeszczeszyn rzucił niepewnie: „Ksiądz też jeść musi”.... kiedy do pokoju wszedł boczkiem młody chłopak, blondyn z loczkiem na czole i ludzie zaraz umilkli. Młodzieniec szarmancko mi się ukłonił, mocno uścisnął rękę, rozsiadł się swobodnie i powiedział wesoło:

— Te ateusze, to pewnie panu tutaj życie zatruwają swymi bajdami! Oni myślą, że tutejszy ksiądz, to to samo co w Polsce, gdzie jest porządek i jakaś wiara. Tutaj ksiądz jest jak żołnierz na posterunku, musi być twardy, surowy i bezwzględny. W takiej spiekocie objechać konno kolonię, kilka mszy odprawić, a często ledwo wróci do domu, znów go do chorego wołają na jakie czterdzieści kilometrów. To jest twarda służba misjonarska, pełna poświęcenia, nie jakiejś tam kariery. Co oni tu wygadują na Kiełtę? Że chce założyć kooperatywę w Hervalzinho! Przecież on sobie tego nie zakłada, tylko żeby usunąć wyzysk wendziarzy. Dalibyście lepiej spokój, drodzy ludzie!

Grzeszczeszyn wygodniej usadowił się i powiedział:

— To święta prawda, co pan nauczyciel Stachurski mówi. Ksiądz jest potrzebny prostym umysłom, bo by sobie rady już choćby w moralności nie dali!

Janicki podniósł się czerwony na twarzy:

— Co wy tu gadacie, myśmy nie to ciemne chłopstwo z Polski, my sobie własną moralność ustanowimy! Jak tu w początkach chłop gnił z nędzy i robactwa, jak karczował te lasy wiekowe, to wtedy tu księży nie było, przyszli dopiero na gotowe!