Wybąkałem coś, przepraszając i, nie zatrzymywany, wymknąłem się z wendy. Szedłem w fatalnym nastroju, jakiś speszony tym bzdurnym zdarzeniem, ośmieszony. Zrobiło się ciemno, wokół nikogo, droga do chałupy Smyków stała się dla mnie tajemnicą. Do wendy nie wrócę, spaliłbym się ze wstydu. Co im na tym gołębiu znów tak zależało? Dziwne! Tłukłem się w ciemnościach po oślizgłym gruncie, otoczony poruszającymi się bryłami. Coś tu jest niepokojącego. Przeklęty los, same idiotyczne przypadki. Nagle musiałem przystanąć przed czymś, co mówiło:

— A ty szelmo... zimno ci tu, paś się paś... a ty kosmatku... ty, ty, ty!...

— Kto tu jest?! — wrzasnąłem.

Spod nóg równocześnie: coś się wyrwało, beknęło i dało susa w czerń. Jednocześnie wydłużyła się ludzka sylwetka.

— A to pan, panie... co pan tu robi?

No tak, to był Grzeszczeszyn, stał przy mnie, mówił:

— Wyszedłem pana szukać, bo tam z kolacją czekają, a po drodze spotkałem kozę, a ja lubię, panie, zwierzęta domowe i nie mogę wprost przejść, żeby się trochę nie podroczyć. Chodź pan do chałupy, za mną, bo mi pan jeszcze wpadnie w jaką dziurę.

Poszliśmy. W głowie tłukły mi się jakieś nieopanowane wnioski; dziwactwa, swoją drogą! Powiedziałem Grzesaczeszynowi o tym gołębiu.

— A, toś pan celny... no nic, oni tak — wie pan, aby coś pogadać, ja to załatwię. To Srokoń z panem mówił. On jest trochę sparaliżowany na mózgu, opieszały taki... Dopiero kilkanaście sekund minie, zanim uświadomi sobie co pan do niego mówi, jakoś to się nazywa w medycynie... A było to tak: miał on wendę w Palmitalu i tam w nocy przyszli do niego kabole, żeby wziąć na kredyt, nie chciał im dać, na to oni obili go w straszny sposób, potem powiesili za nogi — uważaj pan, bo tu jakaś woda... o, cholera!... Więc całą noc wisiał, dopiero go nad ranem zdjęli i teraz taki kaleka, ale to porządny chłop... tylko syna — ten chłopak, to był jego syn — ma trochę chorego... to chyba ze złej przemiany materii. O, już, to światło, to u Smyków... Chłopak waży ze cztery pudy... My z tym gołębiem jutro załatwimy, może się pośmiać z pana chcieli, tutaj często trafiają się hyziowaci ludzie... Chodźmy, bo tam się już nazbierało kupa chłopa, zobaczysz mnie pan przy robocie!

W pokoju, gdzieśmy w południe jedli obiad, siedziało w żółtej poświacie naftowej lampy z sześciu mężczyzn; paru na ławie, dwóch przy stole, jeden stał z czapką w ręku. Siedzieli w dymie, po chłopsku, niewygodnie i ciężko. Wcisnęliśmy się między nich pomacawszy zgrubiałe i szorstkie łapy, Smykowa podstawiła nam talerze z jadłem, jedliśmy tylko we dwóch w tej nieomal ciżbie, w dusznym pogwarze chłopskich rozmów. Opowiadali sobie najrozmaitsze przypadki, czasem zarechotali. Najwięcej mówił chudy, sczerniały na twarzy człowieczek o błyszczących oczach, zapadłych piersiach, pokasłujący w swym brązowym, miejskim ubranku; w ważniejszych momentach wstawał z krzesła z palcami w kieszonkach kamizelki, i wtedy spod wklęsłych piersi uwydatniał się maleńki, zabawny jak u tak chudego człowieka — brzuszek. Mówił po wiecowemu, „dokumentnie perswadując”. Grzeszczeszyn z gębą pełną kapusty, wpluł mi do ucha razem z jadłem informację, że to jest kierownik okręgu „Junaka” — Janicki. Spod ściany spoglądał na mnie opasły, czerwony na gębie syn Smyków, rzeźnik, jak mi wyjaśnił łakomy Grzeszczeszyn. Całe to zebranie nosiło charakter wymiany myśli z nami, lekko konspiracyjnego spotkania. Odsunęliśmy puste talerze, zapaliliśmy popijając kawę, wsłuchani w gawędy. Z wesołych rozmów począł się wyłaniać poważny temat tyczący księdza Kiełty. Janicki mówił: