Napuszony gołąb spacerował po dachu i nie zwracał uwagi na przelatujące kamienie. Podniosłem kamień i cisnąłem gołą ręką w stronę ptaka. Gołąb spadł, chłopak przysiadł ze zdumienia, a ja stężałem. Też traf, rzeczywiście! Mógłbym konać z głodu w puszczy i coś podobnego by mi się nie zdarzyło. Z wendy wyjrzało dwóch kabokli i patrzyli na mnie z otwartymi gębami. Młody Srokoń ochłonął i przyniósł gołębia za skrzydło. Weszliśmy obaj do wendy, kabokle rozstąpili się z szacunkiem. Zza lady wyszedł tęgi mężczyzna o nalanej, nieruchomej twarzy i pytająco patrzył na nas. Chłopak wyczuł coś niedobrego, bo rzucił gołębia i zaskrzeczał:
— To nie ja... to ten pan!
Mężczyzna powiedział z trudem i powoli:
— Co to pan wyprawia, to rasowy gołąb, po co to było?
Poczułem się idiotycznie, kilku ludzi spoglądało na mnie, za ladą sterczał Suchodolski i też się patrzył.
— Wie pan, to przypadek... Mogę zapłacić, cisnąłem kamieniem na chybił trafił!
Zapanowało milczenie. Podszedł Suchodolski, poruszył nogą gołębia i powiedział:
— Trzeba go zabrać do kuchni. Nudzi się pan czy co? Trudno... A ty z tą procą wynoś mi się, jeszcze komu oko wybijesz!
— Ile taki gołąb wart, ja chcę zapłacić — zagadnąłem niepewnie.
— Niech pan już zostawi, szkoda mówić — odpowiedział Suchodolski.