— Wybaczy pan, ale jako inicjator wyprawy powinien pan wiedzieć coś o tej łodzi... Przechodziliśmy przecież koło Suchodolskiego.

— Aa, pan to zawsze...

— Ehej! Czekają panowie na tramwaj?

Z przeciwległego brzegu krzyczał wysoki mężczyzna w wielkim kapeluszu, włażąc właśnie do łódki. Grzeszczeszyn się uradował:

— O, widzi pan, że dobrze jest! Panie Wójcik, jedziemy do pana, z wizytą! Zabierz nas pan.

Pan Wójcik stojąc, drągiem odpychał łódź w naszą stronę. Był rudawy, rzęsy miał białe, w ustach trzymał fajkę. Oczy mu się śmiały spod krzaczastych brwi. Jadąc mówił:

— Gdzie też pana nie nosi! Aż tu, nad Ivahy pana zapędziło! A kogo to pan ma przy sobie!?

— To pan Łóniłowski, pański kolega po fachu!

Wójcik wyskoczył na brzeg i przywitał się z nami. Przyjemnie zauważyłem, że moje nazwisko nie było mu obce; znał je z gazety kurytybskiej.

— Będzie pan pisał o Ivahy? Błagam pana o to! To najbrzydsza miejscowość na kuli ziemskiej! Rzeczywiście jesteśmy trochę kolegami, ja pisuję do „America Echo!”... No co! Właźmy z powrotem, pojedziemy do chałupy, lubię takie wizyty — Intelligence Service Brazylii, znakomity Szerlok Holmes, o czym wszyscy wiedzą: Grzeszczeszyn i literat z Warszawy. Ładnie ja będę wyglądał, czy aby żona zdąży pochować zrabowane skarby... Jestem — uważa pan — piratem Ivahy! Panie Grzeszczeszyn, nie zdejmuj pan w łódce buta, bo nas zamroczy i wpadniemy w paszcze krokodyli!