Rzeczywiście mojemu towarzyszowi znów się coś przydarzyło w nogę. Odchylając kolejno bardzo brudne palce wyglądał w tej łódce kaleko i niemiło. Tymczasem płynęliśmy do brzegu. Wójcik nie przestawał czarować mnie swym humorem, mrugając porozumiewawczo. W ogóle zachowywał się tak, jakby nas coś łączyło, pewna wspólnota, wobec której Grzeszczeszyn jest samym tylko nieświadomym ograniczeniem. Och, gdybym mógł odbiec i rozchyliwszy zarośla przyglądać się tym trzem panom w łodzi! Uprzejme miny tych dwóch, trzeci chciwie wpatrzony w umorusane palce nogi, łódka-pychówka, tło dekoracyjne: chłodny egzotyzm, wiszary nad czarną rzeką... Dokąd zdążają?!
— No, a teraz pójdziemy na piechtę do mojej chałupy — wykrzyknął Wójcik, cumując łódkę do drzewa.
Wyskakiwaliśmy po kolei, jak króliki ze skrzyni. Grzeszczeszyn wciągnął but i stanął na lądzie z miną człowieka, który szukał, lecz nie znalazł. Zaczęliśmy piąć się niewyraźną ścieżką pod górę. Wójcik nawiązał z Grzeszczeszynem rozmowę na temat swego osiedlenia się tutaj.
— Więc tak, mój panie! Graty na wóz, babę i dzieciarnię na sam czubek, dudki w kieszeń i takem puścił się przed siebie. Zajechałem do Tereziny; jest góra do nabycia... i kawałek rzeki. To lubię — pomyślałem, niechże i ja mam na własność trochę wody. Roboty było dużo, ale jakoś żem się usadowił. I wszystko byłoby dobrze, tylkom przejął się uczuciem pokrewieństwa i sprowadziłem z Polski mego szwagra, Janickiego... tak, tego samego! Ano, diabli go wiedzieli, że to taki działacz ludowy! Póki ja się zajmowałem tymi sprawami, to jakoś tam szło, przynajmniej klechy nie mieli tyle powodów wyklinania nas z ambon. A ten mi wszystkich ludzi przechylił na swoją stronę, zaczął tu wiece uprawiać, w końcu już wszyscy dają mu się za łeb wodzić, a ja tu zostałem z pustymi rękami, bo mi przecież ambicja nie pozwala przyłączyć się do nich, a i z księżmi się nie zbratam. I teraz ni pies, ni wydra! Ten tam harcuje społecznie.
— A gdzieżeś zalazła, ścierwo rogate! — krzyczał Wójcik na krowę ukrytą w gąszczu.
Bydlę niechętnie ruszyło z miejsca, dopiero Wójcik jął ją okładać po kościstym zadzie, tak że w końcu ruszyła niezgrabnym galopem pod górę. Wójcik zaczął dalej mówić o Janickim, ale w jego pobłażliwym tonie i w ogóle: „bawcie się dzieci, bawcie”, czuło się jad gniewu i zgorzkniałość. Wreszcie przerwał.
Zza kilkunastu krzaków bananowych wypełzła pokraczna chałupka, przykucnięta niby pies, bo od przodu opierała się na dwóch słupach. Wokół tych słupów pełzało na czworakach dwoje płowowłosych dzieci, znieruchomiałych na nasz widok. Niedaleko siedziało żółte cielę, przywiązane do skarłowaciałego drzewka. Podpartą słupami część domu łączyły z ziemią delikatne schodki, na schodkach tych siedziała szczupła kobietka i coś cerowała na szklance. Tchnęło od tego osiedla niepotrzebnym prymitywem, czymś między niedbalstwem a nędzą, a przede wszystkiem zielonym pojęciem o budownictwie. Po co to było budować ten szałas na pochyłości, podpierać go jakimiś słupami, skoro obok świnie ryły równiutki placyk, wymarzony do budowy. Czuło się tutaj rękę człowieka, który gardzi mieszczańskim salonikiem z kolorowymi kulami szklanymi na komodzie, a który lubi życie romantyczne, prymitywne, pełne owych codziennych, rozkosznych zajęć koło inwentarza, zabawnych niewygód. Choć stać go na lepsze, hoho! Na liściach bananów wisiały świeżo uprane kolory, zresztą liście te poplamione były wapnem. Wszędzie było mnóstwo śmiecia, ptasiego i bydlęcego łajna, słowem jakby paskudna choroba usadowiła się w potężnym, dziewiczym lesie.
Wójcik zbliżał się do swojej zagrody lekkim krokiem trampa, szerokim ruchem dłoni powitał z daleka kobietę, dwoje jasnowłosych szatanków usadowił sobie na rękach, stanął naprzeciw nas, głową pokiwał wkoło i rzekł z radosnym uśmiechem, poprzez fajkę:
— Oto mi panowie — życie, naznaczcież mi cenę, abym je zmienił!
Obrócił się do kobiety: