— Stasieńko, oto pan z ojczyzny — rodak! Przyjmijże go godnie w naszej posiadłości. Grzeszczeszyna znasz, bo któż by go nie znał! Niestrudzony badacz obyczajów tej ziemi.

Uścisnąłem drobną dłoń niewiasty, o pokłótych igłą palcach.

— No, panowie, wejdźmyż do wnętrza! Robak! Pfiut, pfiut! Gdzie jest Robak? Chodźże tu, łamago.

Spod łóżka wypełzło brązowe zwierzątko, komiczna niezgraba — mała wydra o ruchach niewspółmiernie ślamazarnych w stosunku do żywotności z jaką się poruszała. Obstąpiliśmy ją we trzech swymi buciorami; przewalała się po nich konwulsyjnie. Dzieci z ramion swego ojca mrużyły oczy ze znudzenia.

Zawsze się źle czułem w ograniczonej przestrzeni, ale pokoik w którym zasiedliśmy, był tak maleńki, że od razu poczerwieniałem na twarzy. Przez szpary w podłodze widziałem różne śmieci. Pani Wójcikowa przyrządziła nam kawy i pijąc ją, odprawialiśmy wizytę. Na prośbę Wójcika musiałem mówić o sobie. Opowiadałem o swoich wrażeniach w Brazylii, Wójcik patrzył mi w oczy i ciągle powtarzał: „Acha, acha, no tak, rozumiem... a jakże!” Grzeszczeszyn postękiwał i poruszał prawą nogą. Przerwałem swoje ględzenie i zagadnąłem go:

— Cóż panu jest, co pan się wierci?

— Ach, panie, palec mnie piecze, załapałem pewnie bisza!

Wójcik wstał ze słowami: „Zaraz my go tu zoperujemy...” Przyniósł wodę w szafliku i wyszliśmy przed dom. Tutaj Grzeszczeszyn zdjął but, Wójcik polecił mu umyć porządnie nogę, po czym oparł sobie nogę Grzeszczeszyna na kolanie i wskazał mi plamkę przy paznokciu dużego palca. Szpicem małego noża przeciął powierzchnię skóry i wyjął brunatny pęcherzyk z jakimś robaczkiem.

— Ach, ty dranico — mruknął Grzeszczeszyn, naciągając but.

— Moje dzieciaki ciągle mają tego pełno — powiedział Wójcik. — Pan to już miał kiedy? — zwrócił się do mnie.