Namowa jest bardzo powolna i uporczywa. Słucha jej z powagą cały wagon. To kwestia przyjaźni, poznali się tutaj w mieście, gdzieś przy bufecie, dużo wypili, trudno im się rozstać, za chwilę pociąg rusza. Odmawiający jest szczerze zmartwiony, taką przykrość robi przyjacielowi. W tym kraju te rzeczy bardzo się ceni, co wart pieniądz i dobra doczesne! Tu, w środku, jest cała wartość, w duszy.

— Jedź, zobaczysz moją ziemię nad Ivahi, zapolujemy, jedź!

Ale pociąg rusza, więc klepią się serdecznie, młody człowiek wyskakuje w biegu, macha ręką, drugi siada prosto, twarz jego wyraża powagę smutku. Zaczęła się trzęsionka, Grzeszczeszyn ziewa, odwraca się do mnie i pyta rubasznie, pobłażliwie:

— No jak tam, znosi się jakoś podróż, hm, co, nieprzyzwyczajonemu. No, głupstwo, będzie gorzej.

Odpowiadam, że wszystko dobrze, „powolutku”, jednocześnie odmawiam pomarańczy, którą nas częstuje jakiś przechodzący kaboklo. Wciąż trzeba czegoś odmawiać — piwa, ciastek, owoców, ciągle ktoś częstuje. Grzeszczeszyn mówi mi dużo o sobie. Jest specem od kolonizacji, nikt nic nie wie. On czyści, segreguje, utrącił wielu ludzi na wysokich stanowiskach, nędznych karierowiczów.

— Szary ja jestem, panie, niepokaźny, ale ci panowie, tam w kraju wiedzą coś niecoś o Grzeszczeszynie. Oczywista, to nie ja, to nie ja — po prostu talent, znajomość duszy chłopskiej. Mam tu misję przez siebie samego narzuconą i misję tę wypełnię. Jaka — o tym później! Przyczaiłem się na posadzie skromnego nauczyciela w Antonio Olindo, zarabiam trzydzieści milów miesięcznie, ale tam kuję rzecz wielką, panowie, tam w kraju nieprędko się podniosą po moich ciosach. No, pan nic nie wie, głupstwo, nieświadom jeszcze! W Brazylii się z głodu nie umiera, przetrzymam, a ja tu, panie, miałem kiedyś wielkie stanowisko, jeśli chodzi o kolonizację. No głupstwo! Martwisz się pan, że ja nie mam pieniędzy — hehehe! Pal pan, młody człowieku, ainda senhor verá minha victória26!

Poufale i szeroko wetknął mi papierosa w zęby. Rozgadał się: jestem znośny; chcę coś wiedzieć, to tylko od niego; na ogół dobrze mi z oczu patrzy. Powoli przestał mówić, zaczął się przysłuchiwać rozmowie trzech pijanych kabokli, wreszcie przysiadł się do nich, dużo mówili, pili piwo.

*

Robi się mroczno. Nie wiem, dlaczego pociąg tak często przystaje; raz się zatrzymuje przed jakimś sklepem, to znów w szczerym polu. Zwracam na to uwagę i widzę, że przy drodze poukładane jest drzewo, gotowe, porąbane. Zabierają trochę tego drzewa do lokomotywy, fiufiu! I jedziemy dalej. Także często przystają, aby nabrać wody. Zapalono lampy, żółte światło rozmazało się po wagonie, w tym świetle twarz Grzeszczeszyna nabrała demonicznego wyrazu. Przez okno widzę uciekające małe domki, coraz więcej zabudowań, w końcu stajemy przed zatłoczonym peronem, na budynku stacyjnym wisi tablica z napisem: Iraty. Grzeszczeszyn jest znów przy mnie, ożywiony, pomaga mi ściągnąć rzeczy z półki. Po wyjściu z wagonu zostawiamy je w kancelarii stacji i wleczemy się w błocie, w deszczu i mroku do miasta. Mijamy szare budynki, ziejące straszliwą, prowincjonalną tęsknicą. Z trudem stawiamy kroki w błocie, plaszcze ono niemile, ludzie przechodzący obok nas wykonywają dziwaczne ruchy, starają się stąpać po lepszych miejscach. Doznaję głupiego uczucia, smętnej nijakości, działa na mnie ta uboga obcość. W drodze Grzeszczeszyn zastanawia się, gdzie przenocujemy: u księdza, czy u wojującego z nim postępowca, jakiegoś nauczyciela Mariankowskiego. Ja chcę do hotelu.

— Nie, jakże! Jest pan przecież wśród Polaków, wstyd byłoby mieszkać w hotelu, najlepiej będzie u księdza, tylko gdzie on mieszka? Zaraz, zapytamy się tego gościa z parasolem, co gada z tym grubym...