Zresztą wszystko mi jedno, byleby gdzieś się położyć. Może jutro nie będzie mnie to wszystko tak denerwowało. Człowiek z parasolem to Polak, ale o jakiejś wstrętnej, scudzoziemszczałej twarzy. Opatulony jest szalikiem, nie ma palta. Żegna się ze swym towarzyszem i namawia nas, aby koniecznie odwiedzić księdza Grzywę.
W tej wilgotnej, rozpaćkanej ciemnicy jego słowa lepią się, cuchną podgorączkowaniem, są natrętne.
— Koniecznie, panowie, bo Mariankowski to łajdak, bolszewik, tak! Ksiądz Grzywa to szlachetny duchowny, nie zwraca uwagi na tego marniaczynę, ech, panowie, ważne rzeczy tu się dzieją. Uwaga!
Stoimy przed torem, z lewej strony syczy lokomotywka. Obok stoi słup z wąską, pionową tabliczką. Przytwierdzona do niej lampka oświeca słowa „Pare — Olhe — Escute — Passe (Stój — Patrz — Słuchaj — Idź)”. Słowa te mieszczą się jedno pod drugim, zatrzymują nas kilka minut. Myślę o tym szmatławcu, naszym przewodniku, który powiada, że w tej parszywej dziurze dzieją się ważne rzeczy. Pociąg przemknął, pełen łebków w oknach.
— A ten Mariankowski, to myślicie panowie, że nie kradnie. Hoho, mnie wygryzł z towarzystwa, byłem tam prezesem, w lewo, panowie. Ja ostatecznie posiadam tutaj fabrykę wody sodowej, nie jestem pierwszym lepszym łatkiem, nauczycieliną. I jakież to życie bez księdza? Z kim on walczy! Teraz jest sam prezesem w tym towarzystwie. Tutaj panowie, zaklaskajcie przed oknem, to może ksiądz wyjrzy.
Stanęliśmy przed ładnym czystym domkiem. Grzeszczeszyn klaskał, pomagał mu trochę fabrykant wody sodowej. Zapaliła się elektryczna lampa u drzwi, z okna wyjrzała wesoła, pomarszczona staruszka.
— A co tam, panowie, co?
Obaj mówią, że chcą do księdza. Księdza nie ma, jest u zakonnic. Ona nie wie, kiedy wróci, może się zasiedzi. Gaśnie lampa, skrzypi okno. Fabrykant radzi do hotelu.
— On panów przekabaci, ten marniaczyna. Ja was tam nie zaprowadzę, nie przyłożę do tego ręki.
Wreszcie Grzeszczeszyn wyprasza pokazanie domu, chociaż z daleka. Jestem rad z obrotu sprawy, jasne, że czuję sympatię do tego łajdaka Mariankowskiego. Plust, chlup, potrącamy się, idziemy w inną stronę. Fabrykant przycichł, tylko gwiżdże ironicznie. Skręcamy tu, skręcamy tam, w końcu przechodzimy płotek, fabrykant mówi ponuro, wskazując parasolem: „to to” i znika w ciemnościach jak szatan, rozgwizdany, chichoczący. Przed oknem Grzeszczeszyn znów klaszcze, to zwyczaj całej Brazylii, dom prywatny, to świętość, żadnego dobijania się. Z okna pyta ktoś energicznie: