Grzeszczeszyn podszedł do Stachurskiego i pochylił się nad nim:

— Wie pan, te dzieci niewiele umieją, trudno się z nimi dogadać.

— Tak, ale przecież mają po dziesięć, jedenaście lat; wszystko to tutaj urodzone, jeszcze czas mają na to.

Grzeszczeszyn usiadł obok mnie i zrobił: hmcho!...

— Trzeba będzie już pójść — powiedziałem bezbarwnie. Grzeszczeszyn wstał, powiedział: „Zaraz” i poszedł między ławki. Tam, niby jakiś dziwny wysłannik aprowizacyjny, począł posępnie dzielić cukierki. Dzieciska nieufnie przyjmowały te dary. Stachurski wycierał tablicę.

— Do widzenia, do widzenia!

— Do widzenia! — odkrzyknął nam chór okrutników.

Wychodziłem ze szkoły pełen wątpliwości co do talentu pedagogicznego mego towarzysza. O jakie sto metrów od szkoły mieszkał Janicki i w drodze do jego domu Grzeszczeszyn zdążył mi wyrazić swą niechęć do systemu nauczania Stachurskiego.

— Panie, te dzieciaki nic nie wiedzą, są rozpuszczone, trzeba będzie to na zjeździe nauczycielskim poruszyć!

Zbliżaliśmy się do schodków, gdzie stał Janicki w bamboszach, z palcami przy szelkach, z wypiętym brzuszkiem.