Staruszka podała tłusty obiad i zacząłem dużo jeść. Zrobiło mi się nagle wesoło. Zacząłem mówić o jutrzejszej podróży, o tym, że rad bym jechać konno, za furą.
— Nie znoszę fury, czas się dłuży!
Obiecał mi pomyśleć o koniu.
— Tylko co z siodłem? — Kupić — drogie, a potem co? Wyrzucić — albo odsprzedać ze stratą?
Długo mówił o tym siodle, temat ten ustroił jeszcze kilkoma anegdotkami; ton jego był poufny, starał się podkreślić nasz kontakt. Oparł się wygodnie o stół, palił i gawędził. Robił kulki z resztek kartofli i okruchów chleba, stwarzając tym nastrój pewnej swobody. Słuchałem popijając kawę, a w jaźni mojej przykre zniechęcenie do samego siebie walczyło o lepsze z odurzeniem, które spowodowało bezmyślne — i sądzę, że nerwowe — objedzenie się wieprzowym mięsem z kartoflami... Ha, cóż! Zrobi się ze mnie kłamczuch i obżartuch; leniuchem dawniej byłem, wkrótce przejmę pijaństwo i będę gotowym materiałem aby osiedlić się w Brazylii. Ziewnąłem i wstałem od stołu. Niegrzecznie, bo poprzez ziewanie, pozdrowiłem Grzeszczeszyna. I ziewając, proszę państwa, szeroko ziewając, usnąłem na swym łóżku wędrownika, w to upalne, wieprzowe popołudnie brazylijskie...
... Usiądź tu księże, zagram ci nowe melodie... Ksiądz w czarnej sukni siada w mrocznej i chłodnej sali, nieopodal lśniącego czernią pianina. Przy pianinie tym siedzi wiotka niewiasta w białej sukni spływającej delikatnymi fałdami na posadzkę. Niewiasta ma czarne, gładko uczesane włosy z przedziałem i granatowe, wielkie oczy. Poczyna grać. Ksiądz słucha, na czarny kołnierz sutanny opadają rozfalowane, jasne włosy, rzęsy ma białe, kędzierzawe, brwi golone, przeciągnięte niebieskimi krechami. Uroczy ten obraz, subtelne tony, zdolne uśmierzyć bitwę najzagorzalszą, przerywa biały wieprz, który z chrząkiem wpada na salę, ślizga się kopytkami po posadzce, a za nim gna człowiek o dziwnie znajomej twarzy. Dama przerywa grę i dumnie powstaje od pianina. Twarz obcego staje się znajomą i... Grzeszczeszyn przypada do nóg księdza. Ten go gładzi po głowie i płacze. Wieprz oparł przednie kopytka o kolana niewiasty, ona spogląda na zwierzę w zadumie. Rozlega się silne pukanie w drzwi. Wszyscy patrzą w tę stronę pytająco...
— O, macie tu, wyszukałem dla was tomik moich młodzieńczych wierszy. Co, przerwałem wam sen?... Nie śpijcie po obiedze; będziecie tyć i gnuśnieć. Chodźcie ze mną na spacer.
Nad moim łóżkiem stoi Janicki z niewielką książeczką w ręku. Powoli spływa na mnie poczucie rzeczywistości, razem z nią uderza fala wściekłości do głowy, zrywam się z łóżka, chwytam Janickiego za łokieć, obracam go ku drzwiom i serdecznym kopniakiem wyrzucam go za drzwi. Ciche domostwo napełniło się łoskotem, tupaniem i przekleństwami.
— Wynoście się, psiakrew! — krzyczę. — Jeszcze mnie tu będziecie nachodzić!
— Czyście zwariowali!? — krzyczy Janicki.