Podskakuję do niego i daję mu jeszcze jednego kopniaka. Widzę zdziwioną twarz Grzeszczeszyna i przerażoną parę staruszków. Z ogrodu Janicki krzyczy:

— Wy się zapominacie! Ja was nauczę! To tak się postępuje z człowiekiem, który przyszedł was odwiedzić! Gdybym ja tu miał broń przy sobie!

— Wynoś się bydlaku, bo ci gnaty poprzetrącam! — krzyczę w podnieceniu.

Z daleka jeszcze słyszę złorzeczenia Janickiego. W domu zrobił się dziwny nastrój. Stary Smyk pijąc szimaron zaśmiewał się, Smykowa płakała, piesek szczekał, a Grzeszczeszyn mówił z kąta:

— No, ale z panem to nie przelewki!... No, ale z panem to nie przelewki!

Odebrałem kuję Smykowi, nalałem sobie wrzątku i pijąc szimaron powoli przychodziłem do siebie.

Wreszcie pękło! Struna mojej cierpliwości przeciągnęła się!... Dostałem się między stwory, nie ma co! Dziwnym porządkiem tutejszych moich stanów psychologicznych, nagle fakt ten wydał mi się daleki i bez znaczenia. Wyciągnąłem z torby talię kart i zaproponowałem Grzeszczeszynowi partię sześćdziesiąt sześć. Podczas gry próbował jeszcze komentować to zdarzenie, ale ostro mu przerwałem, że nie ma o czym gadać.

— On jeszcze się na pana zaczai ze smithem!

— Niech się czai, pies mu mordę lizał — wychodź pan, do pików!

Ta idiotyczna gra przeciągnęła się do kolacji. Tym razem, unikając podejrzanych snów, nie tknąłem mięsa wieprzowego, zadawalniając się kawałkiem chleba i porcją tłuczonych kartofli. Popiłem to kawą i już było po wieczerzy. Oczekiwał nas długi, duszny wieczór, na sen nie miałem ochoty. Lokali rozrywkowych, poza hotelem, jak wiadomo nie było, a w hotelu pokutowało groźne nazwisko Beniamin Branco. Mieliśmy miny ludzi, którzy czekają, aż ustanie zamieć lub też wiatr wydmie żagle okrętu. Ponieważ rozmowa ze Smykami miała bieg ograniczony, postanowiłem pójść do Srokonia. Grzeszczeszynowi było wszystko jedno, zgodził się mi towarzyszyć.