Cała miejscowość pławiła się w chłodnym szkarłacie. Idiotycznie rozbawione kozy skakały, bodły się. Na niewielkim skrawku wysiepanej trawki, przechadzał się Stachurski z książką w ręku i co pewien czas strzelał w powietrze ze lśniącego colta. Skoro nas ujrzał, skręcił w bok, ścieżką między zaroślami. Przed hotelem, na ławce, siedziały nieruchomo dwie śniade dziewczyny i w przesadzonej czerwieni wyglądały jak zły obraz któregoś z kapistów. Ominęliśmy je starannie, po czym poprzez aptekę weszliśmy do mieszkania Suchodolskiego, ponieważ wenda była już zamknięta. Powitał nas nastrój wieczoru, jaki spędzają wszyscy ludzie o unormowanym trybie życia. Na stole paliła się naftowa lampa, bo chociaż na dworze zmrok jeszcze walczył z zachodem słońca, to jednak w pokoju mogło być ciemno. Był to znany mi już salon Suchodolskiego, tylko jakiś — pewnie na skutek wieczornej pory — inny. Oprócz gospodarza zastaliśmy tam Srokonia i starszego subiekta — Brazylianina, oraz psa. Wszyscy siedzieli i pili szimaron. Po kilku słowach, jakie zwykle towarzyszą powitaniom, Suchodolski począł mówić przyjemnym głosem o moim popołudniowym potraktowaniu ludowego poety. Wszyscy byli bardzo zadowoleni i patrzeli na mnie życzliwie. Próbowałem im wytłumaczyć, że postąpiłem zbyt brutalnie i gwałtownie, że byłem podenerwowany, ze snu... Ale oni tylko śmiali się serdecznie i powściągliwie, jak się śmieją starsze panie, kiedy ktoś popełni wesoły nietakt wobec nielubianej osoby. Podali mi szimaron, usiadłem i czułem się niewyraźnie. Subiekt wyszedł na chwilę i wrócił z butelką białego wina i talerzykiem pełnym lukrowanych, niesympatycznych ciasteczek. Popijaliśmy winko na przemian z szimaronem. Wiedziałem, że wszyscy czują się dobrze, są zadowoleni i, pełen nieporządku psychicznego, zazdrościłem im nieco. Srokoń wyjął bardzo powolutku karty z szufladki i zaproponował Grzeszczeszynowi oraz mnie grę w sześćdziesiąt sześć.
I tak rozpoczęła się gra, którą znienawidziłem do końca dni moich. Odbywała się ona au ralenti. Zanim Srokoń położył kartę i zgarnął lewę, można było sobie nieco pomarzyć. Aby nie nudzić się podczas tej gry, zastosowałem w przerwach opowiadanie anegdotek. Biedny Srokoń śmiał się zawsze z poprzedniej anegdotki. Był to w gruncie rzeczy przystojny, potężnie zbudowany chłop; swego czasu najlepszy pływak i siłacz w okolicy. W blasku lampy twarz jego była kanciasta, ponura. Nie bawiliśmy się nadzwyczajnie. Grzeszczeszyn fiukał, ja ziewałem często, dopiero kiedy Suchodolski zaczął mnie rozpytywać w kwestiach tyczących arystokracji polskiej, trochę się ożywiłem. W tym na pół mrocznym saloniku z lampą otoczoną ruchomym wianuszkiem nocnych owadów, wpadających do pokoju z dusznym podmuchem brazylijskiego wieczoru, wionęły z ust gospodarza nazwiska tak szlachetne, że aż lęk brał czy nie jest z naszej strony poufałością siedzieć i grać w karty wobec tylu świetnych brzmień. W końcu padło nazwisko wymówione upojnie, po czym nastąpiła pauza i wstrząsająca informacja:
— Tak, pani Walewska, to moja kuzynka... ale cóż to teraz znaczy, w tych czasach, gdzie byle pachołek przewodzi... również generał Zajączek jest moim antenatem... rody zanikają, wieki płyną... tworzą się nowe rody... A, co tam — panowie — gadać! Wypijmy za cienie ojców naszych!... Dziś, cóż! Jest się sklepikarzem na obczyźnie i jedynie wspomnienia są coś warte!
Wszyscyśmy w milczeniu unieśli kielichy. Wypiłem szybko i wyszedłem w młódkę karo.
— Tą młódką karo podegrał mi pan damę — powiedział Srokoń, kiedyśmy się żegnali.
Wyszliśmy, pies zaszczekał za nami kilka razy! W drodze powrotnej, w ciemnościach, Grzeszczeszyn rozpływał się nad tym przyjęciem:
— O, i w takiej dziurze napotkać można kulturalnego osobnika. Widzi pan, wzruszył się, a przecież to wpływowy człowiek, wiele może... Oj, gęba mi się drze, człowiek się wyśpi, a jutro w drogę, panie, panie... huuua — ale żem zmachany.
— Miał pan o koniu pomówić!
— Aha, prawda... rano się załatwi; nie wypadało na wizycie mówić o interesie. Już dom, trzeba dobrze zamknąć drzwi, bo Janicki może szukać odwetu.
Kiedy zasypiałem, zdawało mi się, że Grzeszczeszyn wyszedł jeszcze na dwór. Westchnął i drzwi skrzypnęły. Rano ogarnął mnie nagły niepokój. Dzień wczorajszy wydał mi się jak po nadużyciu alkoholu. Sprawa z Janickim przedstawiała mi się diablo grubiańsko. Pewnie coś knuje, skoro dotychczas nie zareagował. Siedziałem przy śniadaniu naburmuszony. Przez okno widziałem Grzeszczeszyna, jak skakał przez skakankę ze sznurka. Zatrzepotał palcami, skoro mnie zobaczył i zaraz przyszedł, rozśpiewany, radosny.