Poprosiłem jeszcze Wójcika, aby wsiadł na konia a ja pofurmanię. Zgodził się na to. Zanim ruszyliśmy, bur próbował tylnymi kopytami uwolnić się od wozu, ale bacik uśmierzył te zapędy. Naturalnie: sadysta i okrutnik, mści się na bezbronnym zwierzęciu, ubogi na duchu, wszystko go nudzi, życia wewnętrznego nie posiada. Wszystko prawda, być może! Pojechaliśmy. Diabliszcze szło jak baranek. Chociaż nie wiem, czy baranek dobrze idzie w zaprzęgu. Wójcik jechał obok mnie i opowiadał mi różne bandyckie historyjki. Była to zła narracja; kończyło się na rabunku i śmierci kogoś od kul.
Zarośla zaczęły się trochę przerzedzać, ukazała się jakby duża polana z kilku nędznymi zabudowaniami. Wjeżdżaliśmy do miejscowości zwanej Apucarana. Dwa murowane domy, na pół w gruzach, podkreślały podupadłość i opuszczenie. Tu i ówdzie wiły się ścieżki porosłe trawą, krzywe chałupy tkwiły między drzewkami herwy, a jasne południe i zieleń podnosiły ich nędzę. Ale polana była wesoła, słońce kładło na nią świetlne plamy, było jakoś przestronnie i wzrok ogarniał cały ten pejzaż z przyjemnością. Z chałup powyłaziły jakieś ciemne postury i gapiły się na nas, przesłaniając oczy dłońmi. Psy z podwiniętemi ogonami zdawały się namyślać, czy obszczekać nas, czy dać spokój. Rozbiegły się po prostu w uskokach przed koniem Wójcika. Pogardliwie skręciliśmy w prawo, nie zatrzymując się na tym miejscu. Krótko jechaliśmy między samotnymi piniorami, ale zaraz droga znów wpadła w szpaler skłębionych krzaków. Jechaliśmy po dawnemu. Bur nie bur, ideał zaprzęgowy. Wójcik objaśnił mnie, że Apucarana miała być miastem dla handlu herwą i kiedy to miasto budowali, Argentyna zaczęła się właśnie zadowalać własną yerbą i miasto klapnęło na tych dwóch murowanych budynkach i kilku ruderach. Dla mnie Apucarana miała rzeczywiście urok nieudanych, lecz ambitnych zamierzeń. Wolałbym wprawdzie nie wiedzieć nic o jej przeszłości i polegać na wrażeniu, jakie odniosłem. W ogóle irytowały mnie objaśnienia i z każdej rzeczy wolałbym sam wyciągnąć wnioski. Ta eksluzywność sprzeciwia się prawdopodobnie pojęciu podróży i wiadomości, ale taki to i ze mnie podróżnik.
Grzeszczeszyn obrócił się do mnie i zagadnął zdawkowo:
— Jakże się powozi?
— Iee, tak sobie, jedzie się powolutku, kochany panie.
Pokiwał głową ze zrozumieniem. Milczeliśmy. Spojrzałem spod oka na Wójcika. Zdawał się być jakiś zgaszony. Aby go rozerwać, zapytałem:
— Przepraszam pana, ja — wie pan... to młode pokolenie to ignoranci... ale czy pan wydał coś w książce?
Przechylił się w siodle, okrył twarz powagą i przymrużył oczy, jakby coś obliczając:
— Proszę pana... zaraz... pierwszą powieść wydałem w dwudziestym drugim roku... tak, była to rzecz o legionach... ale wydałem ją pod pseudonimem...
— Więc widzi pan! — zawołałem nieopanowanie — jakiż to był pseudonim?