— Władywój, panie! To też panu nic nie mówi. Pisałem tak sobie bez specjalnych ambicji literackich; dziennikarzem jestem z przypadku, po prostu zaproponowali mi korespondencje stąd i w ten sposób zarabiam na życie... O, wydałem jakieś sześć książek, powieści, nowel... jeśli pana nazwałem kolegą, to raczej, żeby siebie zironizować.
— O, niech pan tak nie mówi!
— Stara się pan mnie pocieszyć, ale to doprawdy nie jest dla mnie ważne... Tylko pański przyjazd nasunął mi pewne wspomnienia... Dwadzieścia dwa lata nie widziałem kraju... a tu się, proszę pana, w gruncie rzeczy parszywie żyje. Za łatwo i cały ten romantyzm i egzotyzm jest do chrzanu. Mam pretensje być w swoim rodzaju inteligentnym, a tu nie jest kraj dla ludzi z pewnymi aspiracjami... Tak, chłop — rolnik, nabiera tu wartości, inteligent marnieje. Pan to spostrzeże prędzej czy później. Ale oto dojeżdżamy do wendy mego przyjaciela Psycha. To bardzo porządny chłop, był dawniej nauczycielem... teraz założył sobie sklep w tym pustkowiu. To jedyny sposób dojścia do jakiegoś dobrobytu.
Na zakręcie drogi stał dom z przybudówką. Tuż przy drewnianym płocie warowały dzikie zarośla, jakby nie chcąc dopuścić dalej. Wokół czerniło się mroczne kłębowisko puszczy; wysokopienne drzewa prowadziły wzrok ku obojętnym pustkom niebios. Okiennice w domu były zamknięte, drzwi do wendy w połowie były przymknięte, a człowiek, który się podniósł zza lady w mrocznym wnętrzu, przywitał nas smutno i sprawiał wrażenie, jakby trwał na stanowisku w tej głuszy. Wenda była uboga: na półkach blaszane pudła od cukierków, dwa siodła, trochę sprzętu gospodarskiego. Na ladzie leżał zwój fumy obok wagi. Psych był wysoki, twarz miał smagłą i ogorzałą, piękne, rozumne oczy i czarną, starganą czuprynę. Mówił cicho. Jego żona miała silną gorączkę i w domu czuło się ciężką chorobę. Mówił o tym spokojnie, ale z przejmującym smutkiem. Żona Wójcika znikła za drzwiami w tyle wendy. Paląc papierosy, w milczeniu podzielaliśmy przygnębienie gospodarza. Należało coś postanowić, bo w tych warunkach nocleg u Psycha byłby trochę nie w porę. Wójcik zaproponował, abyśmy się wybrali do odległego o kilkanaście kilometrów Tres Bicos, gdzie można by zanocować u kowala Potyrały. Pojechalibyśmy na koniach. Psych grzecznie starał się nas zatrzymać, ale w końcu zgodził się nam pożyczyć jeszcze jednego konia, z tym, że Wójcik przyprowadzi mu go jutro z powrotem. Znalazły się również dwa stare siodła. Wyprzęgliśmy konia i bura z wozu, bura przywiązał Wójcik pod słomianym dachem na drągach, osiodłaliśmy oba konie i Wójcik poszedł powiadomić żonę o naszym projekcie.
Zachodziło właśnie słońce, kiedyśmy czekali na podwórku; nad lasem snuły się różowe opary, niebo pokwitło prześwietlonymi czerwienią pierzastymi chmurkami. W powietrzu czuło się chłodną wilgoć i tajemna, skondensowana cisza spływała na świat. Czułem się podniośle i jakby odchodziły mnie złe wrażenia minionej podróży. Grzeszczeszyn powiedział:
— Ładnie tutaj, co? Brazylia ma swoje ładne rzeczy, szkoda gadać!
Od koni wiało zwierzęcym, ciepłym zapachem, a myśl o nocnej jeździe przejmowała mnie pogodnym nastrojem. Wyszedł Wójcik, powiedział: „załatwione” i wsiedliśmy na konie. Bur odwrócił łeb i złośliwie spoglądał na nasz odjazd. W nim coś siedzi, w tym czorcie — pomyślałem zabobonnie.
Pokiwaliśmy rękami do Psycha na pożegnanie i kiedy mijaliśmy bramę, z przeciwnej strony drogi podjeżdżał do wendy ślepy na jedno oko mężczyzna w towarzystwie dwunastoletniego może chłopaka, siedzącego oklep na koniu. Prowadzili ze sobą trzy chude konie i jednego siwego bura. Obrzuciliśmy się wzrokiem i nic więcej. Puściliśmy się kłusem drogą pod górę i po chwili wjechaliśmy w las. Z pół godziny jechaliśmy w milczeniu, słychać było tylko kopyta końskie i brzęczenie wędzideł. Mrok szybko zasnuwał pole widzenia i wkrótce postacie moich towarzyszy majaczyły w niewyraźnych konturach. Zrobiło się chłodno, ale rześko. Było już na dobre ciemno i trzeba było zdać się na kierunek koni. Raptem na niebie pokazały się jakby świetlne pęknięcia, następnie wypełzły seledynowe smugi; czarne, poszarpane pobrzeża chmur gdzieś znikły i ukazał się wspaniały, jasnozielony księżyc; po czym wszystko jakby się nagle ożywiło, chłodna zieleń ubarwiła drogę i las; powiało jakby czarnoksięstwem i w chwili, kiedy zobaczyłem wątłą sylwetkę palmy, która niby kudłata wiedźma drżała w tym martwym poblasku i niewyczuwalnym wietrze — poczułem nagle cały egzotyzm tego nocnego pejzażu. Poprzez szmery z gąszczów jęło coś pukać tu i ówdzie; drzewa zdawały się wydłużać, konie szły raźniej. Niewesoło, a jednak pięknie i w duszy człowieka poczyna się coś dziać. W tę teatralną noc popadłem w roztrząsania nad sobą, wypominałem sobie błędy i diabli wiedzą, do czego bym doszedł, gdyby Grzeszczeszyn nie zrównał swego konia z moim i nie zagadnął:
— Panie, powiedz pan, co się tam dzieje w Warszawie z tymi aktorkami? Jak tam Ordonka? To, panie, talent jest klasa! A Zimińska? O, to fajna czarnulka!... Modzelewska się tak wybiła podobno... Człowiek — panie — dawniej włóczył się po tych różnych teatrach... hoho... znało się niejedną! Albo panie, Smosarska... i w filmie potrafiła tak zagrać... że aż!...
— Co by tu panu powiedzieć na ten temat... grają swoje role w teatrach; nie znam ich osobiście — odpowiedziałem, zaskoczony nieco.