— Muszę jej zapłacić, psiakość, zapomniałem...

— Tak, ja już znam takich, co zapominają jak trzeba... i co kolegom wydrapują dziewuchy spod....

Nie słyszałem, co tam dalej mówił, tylko stanąłem na ganku i zacząłem wywoływać kobietę. Stała w ciemnym progu i śmiała się. Pokazałem jej banknoty. Potrząsnęła głową, że nie chce. Położyłem dziesięć milreisów na widocznym miejscu i podbiegłem do konia.

— Nie szczekałby pan głupstw! — wrzasnąłem do ucha Grzeszczeszynowi.

Popędziliśmy ścieżką w czerń, w stronę mostu. Usunął nam się z drogi jej mąż i krzyknął:

Ate logo, senhores88!

Jechał cię sęk, sutenerze z dżungli! Przeskoczyliśmy most jak szatani i jechaliśmy dalej galopem, z powiewającymi niby skrzydła, połami kap. Wreszcie solidny piorun przerwał tę atmosferyczną obstrukcję, błyskawice zaczęły krajać niebo i chlusnęło takim łachem wody, że aż konie przysiadły na zadach. Skręciliśmy w krzaki, zeszliśmy z koni i trzymając je za uzdy, przykucnęliśmy blisko siebie, nakryci kapami, niby brunatne kopce. Lało z taką siłą, że czuliśmy ciężar spływającej wody po plecach. Pod kapami było ciemno i śmierdziało wypitą kaszasą. Wyjąłem papierosy, poczęstowałem i zaczęliśmy puszczać sobie dym w nosy.

— Pan to jest jakiś jak nie z tego świata — szepnął do mnie Grzeszczeszyn z wymówką.

— Siedź pan cicho lepiej, na wszystkich postojach będziesz pan bajzle urządzał! — krzyknąłem.

— Oj, panowie! Dajcie spokój, bo przecież i tak mało nie skonałem ze śmiechu — wykrztusił Wójcik.