Z dworu doleciał nas odgłos, coś w rodzaju suchego trzasku z którego miał się urodzić potężny huk. Huku nie było, sam trzask. Szarpnąłem Grzeszczeszyna tak silnie, że aż jęknął zdziwionym jakby tonem. Kobieta zapiszczała i klasnęła w dłonie. Uff, bodajby mnie los uchronił od tego obiadu! Od protokołowania tego wszystkiego! Pamiętam, że schodząc z ganku po schodkach i ciągnąc Grzeszczeszyna za rękę jak zadąsanego wałkonia, pomyślałem sobie o tym wszystkim, że przecież fantazja pisarza jest czymś nieudolnym wobec sztuczek, jakie może nam znienacka pokazać rzeczywistość, nawet w tak wyblakłych warunkach, jak tu.

— Co to za trzask? Ciągle ciemno, jedźmy, cholera! — krzyknąłem naraz do Wójcika.

Odpowiedział, włażąc na konia: — Jakiś piorun, ale diabli go wiedzą... nie huknęło!

— Właź pan na konia! — wołam do Grzeszczeszyna.

— Zaraz przyjdę, zostawiłem tam kapelusz...

— Już ja go panu zaraz przyniosę.

— O, ja wiem... byle tylko nie ja! — posłyszałem za sobą jego płaczliwy głos.

Upiło się zwierzę i nic więcej. W progu stał babsztyl z założonymi rękami i wierciła mnie czarnymi ślipiami.

Siapeo, siapeo, a ki87... — zaskrzeczała.

Podała mi kapelusz, wsadziłem go na głowę Grzeszczeszyna z przyklapnięciem i kiedy już siedziałem na koniu, przypomniało mi się, że zapomniałem zapłacić tej... tam. Złażę z konia i mówię — bardziej w stronę Grzeszczeszyna — wyjaśniająco: